Ostrzegam, że nie zobowiązuję się do dokładnego i rzeczywistego zobrazowania konkretnych miejsc, zdarzeń, ludzi, nazw, języka, praktyk medycznych itp., itd. Jestem amatorką o, niekiedy, dość dużej wyobraźni. :D
(Wyobrażenie o tym, jak mogłaby wyglądać wyspa Ta Porten - nazwę wymyśliłam ja)
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj."
-Mark Twain
Ciężko jest zaczynać wszystko od nowa. Marianna Franek musiała... Jej babcia był Francuską, która przyjechała do Polski, kiedy miała jeszcze osiemnaście lat. Zakochała się w pewnym żołnierzu o imieniu Bartłomiej. Została. Kilka lat później wzięli ślub i urodziła im się córka, Malwina. Kiedy mała Franek była czteroletnią dziewczynką, dowiedziała się, że jej mama urodziła chłopca. Jej brata, Krzysztofa. Malwina nigdy nikogo nie poślubiła. Została starą panną i ukochaną stryjenką Marianny.
Babcia nauczyła Marysię języka francuskiego. Praktycznie to była przez nią wychowywana, ponieważ mama Mani umarła, kiedy ta miała pięć lat. Członkowie rodziny Danuty (mamy Mani) od dawna nie żyli, dlatego mała nigdy ich nie poznała. Miała dziadka Bartka, babcię Juliette, stryjenkę Malwinę i swojego tatę Krzysia, który nie ożenił się powtórnie po śmierci jej matki.
Niestety nastał ten czas, kiedy straciła także dziadków. Zginęli w wypadku samochodowym. Marianna była wówczas dwudziestosiedmioletnią kobietą. To właśnie to wydarzenie zmusiło ją do myślenia o wyjeździe oraz do poszukiwań korzeni jej babci.
- Córeczko, jesteś pewna, że chcesz to zrobić?- Krzysztof spytał córkę, kiedy ta wrzucała wszystkie swoje ubrania do otwartej walizki
- Tato, to także moje korzenie.- odpowiedział z lekkim uśmiechem
- No, tak... ale minęło dopiero pół roku od... no, wiesz... od wypadku.- dorzucił smutnym tonem
- Twój tata ma rację. Może to za wcześnie?- popierała go ciotka Malwina, opierająca się o framugę drzwi, prowadzących do pokoju dziewczyny.
- I ty ciociu przeciwko mnie? Słuchajcie- przerwała pakowanie i zwróciła się do rodziny- kiedy byłam mała marzyłam o tym, żeby pojechać do Francji. Znam tamtejsze legendy, babcia opowiadała mi wszystkie historyjki o swojej rodzinie Le Guann'ów. Jak usłyszałam je po raz pierwszy w życiu... cóż, już wtedy wiedziałam, że nadejdzie chwila, gdy się tam udam. Znam francuski równie dobrze, co polski. Wy zresztą też. Przecież możecie ze mną jechać...- nalegała
- Ach! Uparciuchu... dobrze wiesz, że nie możemy. Ciocia ma problemy z kręgosłupem, a ja zajmuję się rodzinnym interesem.- wyjaśnił ojciec
- Rozumiem. Tyle że hotelem może się zająć Czarek.- zaproponowała z nutką przekonania w głosie
- Nie, nie, nie... Cezary nie da sobie rady sam. Kochanie, ty dopiero co skończyłaś studia... co zamierzasz robić na tej wyspie? Myślisz, że tak łatwo zdobędziesz pracę?- ojciec wysuwał kolejne argumenty, przemawiające za zostaniem Mani w kraju.
- Mój drogi papa... - powiedziała do niego z rozczuleniem i podeszła bliżej, żeby go przytulić- Miałam naprawdę świetne wyniki w nauce, ale rzeczywiście... no, nie twierdzę, iż będzie mi tak łatwo o pracę, lecz sobie poradzę. Uwierzcie mi... - starała się ich przekonać do swoich racji
- Dziewczyna z twoimi ambicjami nie powinna marnować się w jakimś portowym miasteczku. Zdawałaś na dwa kierunki: medycyna i kulturoznawstwo, a poza tym jesteś chodzącą encyklopedią historii. Teraz chcesz zaprzepaścić swoją karierę? Nie pojmuję tego. - warknęła na nią stryjenka
- Och... no, dobrze! Powiem wam. Mam tam pracę. Poznajcie nową lekarkę na wyspie Ta Porten. Załatwiłam to miesiąc temu.- oznajmiła spokojnie
- I dostałaś pracę tak od razu?- zapytała ze zdziwieniem ciotka
- ... bez problemów?- dołączył do niej nie mniej zszokowany ojciec Mani
- Dlaczego was to tak dziwi? I nie, nikt się nie sprzeciwiał. Wystarczyło im powiedzieć, że moja babka stamtąd pochodzi.- odpowiedziała
- A, czy podałaś nazwisko rodowe twojej babci?- zainteresowała się stryjenka Malwina
- Tak. Tym chętniej się zgodzili. Podobno jej tata, to znaczy, mój pradziadek był bardzo szanowanym lekarzem na tej wyspie. Dlaczego nikt o tym nie wspomniał?- chciała wiedzieć dziewczyna
- Mój Boże...- wydusiła z siebie ciotka i wymienili z Krzysztofem lekko przerażone spojerzenia
- Co się stało?- przestraszyła się młoda Franek
- Nic, nic... twoją stryjenkę zabolała głowa. Prawda, Malwino?- zażądał od niej potwierdzenia Krzyś
- Tak, tak. Ymmmm... kiedy masz samolot?- wyjąkała
- Za dwie godziny przyjeżdża autobus i jadę prosto na lotnisko. - wyjawiła Marysia
- W takim razie, do zobaczenia za rok, słońce... Tylko przyjedź na święta.- rozkazała ciotka, ściskając bratanicę bardzo mocno- Kocham cię- dodała
- Ja ciebie też, ciociu...- odrzekła Mania
- Córeczko, kończ się pakować, a potem odprowadzę cię na autobus. Zostawimy cię teraz samą. - powiedział to i wyszedł, ciągnąc za sobą swoją siostrę.
Kiedy wyszli, została sama ze swoimi na wpół spakowanymi walizkami. "No, dobra"- pomyślała. "Czas się za to wziąć". Dokończyła wkładać ubrania i zasunęła zamek błyskawiczny. Następnie przyczepiła do wszystkich pakunków odpowiedni identyfikator, pozwalający na ich rozpoznanie i zabezpieczenie przed zgubieniem ich. Po chwili przypomniała sobie jeszcze o jednej rzeczy. Odwróciła się w stronę szafki nocnej i spojrzała na stojące na niej zdjęcie obrobione w złote ramki z motywami słoni.
- Babciu... nasza przygoda się zaczyna. Spełnię twoją wolę. - powiedziała na głos, po czym schowała podobiznę babci do bocznej kieszeni.
Siedziała przez moment na swoim dużym łożu i przyglądała się każdej rzeczy z osobna, która znajdowała się w jej pokoju. Zlustrowała swoje książki, które kochała, jak ludzi. Spoglądała na szafę, biurko i delikatnie sunęła dłonią po bramie łóżka, na którym teraz spoczywała.
- Będzie mi was brakować.- rzekła
Godzinę później wraz z tatą szła na przystanek autobusowy, skąd miała wyruszyć poniekąd starym i podniszczonym PKS'em do stolicy, a stamtąd w nieznane.
Marianna nigdy nie lubiła pożegnań. Jej życie składało się praktycznie tylko z nich. Pożegnała matkę, dziadków i ukochanego psa Felka, rasy... cóż, po prostu cudnego kundelka.
Jej tata dobrze znał swoją córkę. Głównie to on ją rozumiał, ponieważ była lustrzanym odbiciem jego własnego charakteru z pewnymi dodatkami genów jej matki.
Marysia nie była wysoka, ale to tylko dodawało jej uroku. Z wyglądy przypominała Danutę, ale też miała coś po francuskiej babci, np. czarne, duże oczy, bladą karnację, ciemne włosy. Po matce odziedziczyła przepiękny uśmiech i dołeczki, dzięki którym już nie tak młody Krzysztof mógł ożywić w swej głowie ukochaną żonę. Sam był szczupłym i dość silnym człowiekiem. Niezwykle przystojny mężczyzna zawsze miał duże powodzenie, a to głownie za sprawą swego podobieństwa do Juliette. Malwina natomiast przypominała własnego ojca. Charakterystycznie wystające kości policzkowe, pełne usta i szmaragdowe oczy pociągały mężczyzn. Do tego była wysoka i chuda niczym modelka. Miała kiedyś narzeczonego, który ją porzucił dla innej. Odtąd nie zaufała już żadnemu przedstawicielowi płci przeciwnej i została typowa feministką, żyjącą wraz z rodzicami i bratem oraz jego cudowną pociechą. Niespełniona zawodowo, pchała bratanicę ku najlepszej, jak się wtedy wydawało, drodze rozwoju.
Marysia wsiadała do autobusu, nie roniąc kropli łzy. Smutek krył się w jej niezwykłych oczach i dlatego Krzysztof miał problem z patrzeniem na odjeżdżający pojazd. Zanim ten odjechał, a wszyscy ludzie władowali się do środka, Franek już zniknął w letnim popołudniowym słońcu, kryjącym pobliskie budynki.
Kilka godzin po tym, Mania była już na lotnisku i przechodziła odprawę. Wcześniej zdążyła dać znać ojcu, że jest już bezpieczna. Wsiadła do pierwszej klasy, na którą było jej stać tylko dzięki zamożnej rodzinie, po czym znalazła się w chmurach.
Młoda Franek nigdy nie myślała wyłącznie o sobie i ta cecha czyniła ją aniołem. Nie miała czasu na wielką miłość, ale nigdy tego nie żałowała. Ciotka wychowała ją w przekonaniu o winie mężczyzn za wszelkie zło świata, także mała uznawała tylko swego dziadka i ojca. Kiedy dorosła i zrozumiała, czym jest feminizm, oparła się naukom ciotki i jej matriarchalnej tresurze, jednak pozostała wierna swoim poglądom i czystości duszy. Pomimo starań wielu chłopaków, nie dała się złamać.
Nocny lot miał swoje plusy. Marysia spokojnie zasnęła. Obudziła się nazajutrz, kiedy ogłoszono lądowanie. Nagle poczuła paraliżujący ją strach. A, co, jeśli sobie nie poradzi? Wzięła głęboki wdech i natychmiast powróciła do równowagi. Na miejscowym lotnisku zamierzał czekać na nią starszy mężczyzna, kapitan promu, którym miała dopłynąć na wyspę. Wzięła bagaże i zaczęła uważnie się rozglądać w poszukiwaniu tabliczki ze swoim imieniem. Dostrzegła tylko jedną z podobną konstrukcją liter, a było na niej napisane: Marianne- u góry, a u dołu- Marien. "Ktoś chciał mi zrobić przyjemność"- uśmiechnęła się sama do siebie. Szybkim krokiem zbliżała się do siwego mężczyzny, który jakby osłupiał na jej widok.
- Bonjour, mademoiselle!- wykrzyknął uradowany- Wykapana babcia!
- Bonjour! Tak, tyle że ona była prawdopodobnie młodsza, kiedy mógł ja pan widzieć ostatnim razem.- zażartowała
- Jak mam się do panienki zwracać?- zapytał mężczyzna
- Mariann, Marien... Mari? Jak pan sobie życzy...- odparła, odwzajemniając jego uśmiech
- Niech będzie Marien (według mnie można czytać: Marią/ Marien). A, przepraszam... bo ja się nie przedstawiłem. Jestem Alberton Le Tertonne.
- Bardzo mi miło.- odrzekła
W kilka minut po tym dziewczyna znajdowała się na promie. Nie martwiła się o mieszkanie, bo to otrzymywała w ramach pracy na wyspie. Rozkoszowała się widokami, pochłaniając je z tak znanym sobie naturalnym apetytem. I bardzo jej to posmakowało. Tej ciszy nie mógł zepsuć nikt i nic...
- Hej! Hej!- krzyknął ktoś za jej plecami, kiedy ta stała na rufie.
Spojrzała za siebie. Zauważyła wśród tłumu dwóch mężczyzn. Jeden z nich- wysoki brunet z lokami do ramion i ciemnymi oczami robił wrażenie swoją posturą- wysoki, smukły i umięśniony wzbudzał znacznie większe zainteresowanie wśród zgromadzonych, niż ten drugi- nieco chuderlawy z widocznymi żyłami i krótkimi blond włosami. "Co się tam dzieje?"- zainteresowała się Marysia. Podbiegła bliżej, by móc obserwować przebieg akcji. Dwaj mężczyźni byli przykuci do siebie kajdankami. Widocznie to policjant z przestępcą, którego musiał pilnować. Blondyn upadł z trzaskiem na podłogę, a brunet próbował go ocucić. Marianna natychmiast zareagowała. W trymiga znalazła się przy chłopaku.
- Dostał drgawek! Czy on na coś cierpi?- zwróciła się do bruneta
- Skąd mam to wiedzieć?! Przed chwilą go aresztowałem za branie narkotyków!- krzyknął. Najwyraźniej to on był policjantem.
Maria zrozumiała, że drgawki to objaw przedawkowania i już wiedziała, co ma zrobić. Wyjęła ze swojej podróżnej apteczki, którą zawsze nosiła w torebce w razie nagłej potrzeby, odpowiedni lek i strzykawkę. Wtedy szybko zaaplikowała to nieletniemu i drgawki ustały, a chłopak się ocknął.
- Nie musiałam wykonywać masażu serca. To dobry znak. Trzeba go w tej chwili przewieźć do szpitala!- oznajmiła dość podniesionym i nietypowym dla siebie tonem, wynikającym z zaistniałej sytuacji.
- A pani, kim, do cholery, jest?!- zapytał lekko podenerwowany policjant
- Wystarczy: dziękuję. I mam na imię Marianna Franek, a po francusku Marien Franque- miejscowa lekarka.- powiedziała z przekąsem
- Cóż... dziękuję. Antoine Filippe Sercuise- major miejscowej żandarmerii.
- Musimy podłożyć mu coś pod głowę i prosiłabym, żeby pan go tak nie szarpał. To teraz niewskazane.- ostrzegła
- Dobrze. Już. Rozumiem.- odparł i odwrócił głowę w przeciwną stronę, żeby kogoś zawołać- Clode! Clode!
- Tak, majorze!- przybiegł natychmiast
- Proszę znaleźć coś, co mogłoby robić za prowizoryczną poduszkę dla naszego... chłopca.- rozkazał
- Tak jest! - odrzekł i zniknął im z oczu.
- Proszę go przytrzymać. - Marysia zwróciła się do Francuza
- Dobrze... co pani robi?- zainteresował się, kiedy ta próbowała wyciągnąć z torebki podróżny stetoskop
- Rozumiem, że jako policjant nie ma pan w naturze ufać obcym, ale... proszę. Muszę tylko sprawdzić jego stan.
- Aha...- wyjąkał z wahaniem. - To pani jest tą Polką od Le Guann'ów?
- ... francuskiego pochodzenia. Tak, to ja.- odrzekła
- W takim razie... witamy na wyspie!- przymilił się major
- Znalazłem!- wykrzyknął Clode, niosąc w ręku koc
- Podłóż mu to pod głowę- nakazał jego szef
...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz