Paulo Coelho — Alchemik
Od pamiętnego przyjęcia minęło kilka dni. Marianna była rozczarowana zniknięciem majora, który zostawił znalezioną przez nią z rana karteczkę: "Dziękuję, Marien! Dawno z nikim tak nie rozmawiałem. Pamiętaj o tym, medemoiselle". Choć te wyrazy sprawiły, że na twarzy kobiety pojawił się szeroki uśmiech, jednak nie zmieniało to faktu, iż wolałaby być osobiście poinformowana przez Antoine'a. Siedziała teraz za biurkiem, na którym znajdowała się sterta nowych papierów do wypełnienia i zastanawiała się nad tym, co powiedziała jej babcia. Wciąż nie uzyskała pełnych odpowiedzi. Tylko jakieś mało znaczące zdanie: "Miłość jest narzędziem, które może wskazać Ci drogę do..." i znowu urwała. Dlaczego? Po co te tajemnice? Marysia miała już tego po dziurki w nosie. Zdenerwowana krzyknęła:
- Zlituj się nade mną!
Włożyła głowę w ręce w geście załamania, kiedy usłyszała za sobą głos pewnej staruszki...
- Kochanie, co cię tak dręczy?- odezwała się babcia
- O Matko!- przestraszyła się kobieta, która natychmiast obróciła się na krześle w kierunku Juliette.
- Wzywałaś?
- Może ja mam guza mózgu... glejaka?! Muszę koniecznie zrobić rezonans. Jeszcze dziś! Chyba pracownicy mają taniej... - starała się usprawiedliwić to, co widziała
- Kochanie, nie możesz tego odrzucać. Nie masz żadnego guza. Wiedziałabym o tym! No już! Skarbie, uspokój się! Dlaczego teraz udajesz, że mnie nie ma?
- Babciu... bo ty... bo ty... Ciebie nie powinno tu być!- wrzasnęła na całe gardło
- Wydaje ci się, że to nienormalne, ale... uwierz mi- tak musi być. Zaakceptuj to! To twój rodzinny obowiązek...- dodała
- Rodzinny obowiązek, tak?! Pff....! Przestań! Ja mam już tego dosyć! Więc albo mi powiesz o co chodzi albo... albo ja się od tego raz na zawsze odłączę! Wyjadę stąd i nie wrócę! Po co mi to było?!
- Marien, wszystko w porządku?- zapytała Carmelle, która wparowała do gabinetu zaraz po tym, jak usłyszała krzyki nowej lekarki.
- Tak... tak. - powiedziała, gdy babcia zniknęła.
- Masz gościa- poinformowała ją, uśmiechając się serdecznie
- Poproś...- nie dokończyła
Do pomieszczenia wtargnął zaniepokojony major. Czarne loki były wilgotne od letniego deszczu, a przemoknięta kurtka dawała o sobie znać, kiedy krople wody spływały po okryciu mężczyzny dźwięcznie stykając się z podłogą i robiąc tam niewielką kałużę. Marianna nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć z wizyty babci. Wszystko odzwierciedlały jej oczy. Cały niepokój, strach, złość. Te emocje można było z nich wyczytać bez problemu. Niestety, Antoine nie był analfabetą, a czytać potrafił całkiem nieźle.
- Dziękuję, Carmelle- powiedziała, dając jej do zrozumienia, że może już wyjść
- Witaj...- wyjąkała, kiedy recepcjonistka zamknęła za sobą drzwi
- Dzień dobry! Na pewno wszystko OK?- dopytywał się mężczyzna
- Tak... dużo słyszeliście?- zawstydziła się kobieta
- Nieee... tylko zastanawiam się, dlaczego krzyczałaś, że masz czegoś dosyć i chcesz stąd wyjechać...- powiedział
- Aha. Tak, cóż... Każdy ma swoje problemy.- tłumaczyła
- Rozumiem. Muszę z tobą o czymś porozmawiać...- zaczął, po czym usadowił się wygodnie w fotelu
- Tak, słucham...- dała mu znak, by rozpoczął konwersację
- Jest coś... Po prostu potrzebuję twojej pomocy. Bo widzisz, moja mama mówi, że bardzo dobrze się czuje, ale ja potrafię rozpoznać, kiedy ona kłamie. Mówiłem już o tym z lekarzami i poradzili mi, abym zabrał ją do pewnego ośrodka w Kanadzie. Nikt teraz nie wie, co jej tak naprawdę dolega. I... muszę z nią wyjechać. Natychmiast.- powiedział szybko
Te zdania zlały się dla Marien w jedną całość. Trudno jej było wyłowić ich sens. Przez chwilę siedziała milcząc. Lustrowała wzrokiem swojego przyjaciela, którego lada dzień mogła stracić. Gdy kiedykolwiek ktoś odczuwał niezwykle intensywnie pewien rodzaj pokrewieństwa dusz, to właśnie coś takiego dotyczyło przypadku Antoine'a i Marysi. Oboje byli świadomi pewnej więzi, która ich połączyła i przez którą major odnalazł w sobie potrzebę natychmiastowego poinformowania lekarki o swoich planach.
- Rozumiem. A kiedy dokładnie wyjeżdżasz? I...- nie dokończyła
- I kiedy wracam?- zgadł- Ta choroba, którą teraz wykryli u mamy jest bardzo rzadka i wymaga innowacyjnego leczenia. Prawdopodobnie wrócę dopiero na święta. Ta wizja mnie przytłacza, Marien. Uwierz mi, że tysiąc razy bardziej wolałbym być tu z tobą i z moją zdrową matką. Tylko to jest mój obowiązek... I nie obchodzi mnie, że mój podwładny jest w tobie po uszy zadurzony. W tym momencie tracę wszelkie pojęcie na temat moralności. Ale to ty musisz wybrać. Nawet nie wiesz, jak będę za tobą tęsknił. I choć tak krótko się znamy, połączeni ze sobą wspólnymi ideami tej nocnej pogawędki... ja tylko chcę, żebyś była szczęśliwa.- wyznał, podchodząc do Marien i klękając na podłodze, by móc to wszytko okazać.
- Wstań, proszę...- Kobieta próbowała go podnieść. Na próżno. Mimowolnie zmusił ją do przyjęcia własnej pozycji. Teraz oboje klęczeli na terakotowej, zimnej podłodze, patrząc sobie w oczy, które wyrażały wspomnienie niedawnego zwierzenia.- Jedź, jeśli musisz to jedź. Ja nic do Clode'a nie czuję. Będę na ciebie czekać. Jako na przyjaciela... bo to jest najważniejsze. "Przyjaźń jako warunek udanego partnerstwa"- pamiętasz? Sam to powiedziałeś...
- "Małymi krokami do wielkiej miłości"?- zacytował fragment z pewnego filmu
- Dokładnie tak.
Padli sobie w objęcia. Marien zapomniała już o niedawnym spotkaniu z babcią. Teraz nikt i nic nie liczyło się bardziej od tej chwili. Antoine po raz pierwszy w życiu doznał tak gorącego uczucia, jakiego może doświadczyć tylko mężczyzna zakochany i w pełni świadomy swojego stanu. Już nie analizował zachowań przechodniów. Opuścił gabinet kobiety, przy której nieustannie pozostawał myślami i zbliżał się w kierunku samochodu. Usadowiwszy tam matkę, sam wsiadł do taksówki, która miała ich odwieźć na prom, skąd trafiliby na lotnisko...
- Wszystko będzie dobrze- szepnęła mu na ucho matka, by ukoić ból syna
- Rozumiem. Muszę z tobą o czymś porozmawiać...- zaczął, po czym usadowił się wygodnie w fotelu
- Tak, słucham...- dała mu znak, by rozpoczął konwersację
- Jest coś... Po prostu potrzebuję twojej pomocy. Bo widzisz, moja mama mówi, że bardzo dobrze się czuje, ale ja potrafię rozpoznać, kiedy ona kłamie. Mówiłem już o tym z lekarzami i poradzili mi, abym zabrał ją do pewnego ośrodka w Kanadzie. Nikt teraz nie wie, co jej tak naprawdę dolega. I... muszę z nią wyjechać. Natychmiast.- powiedział szybko
Te zdania zlały się dla Marien w jedną całość. Trudno jej było wyłowić ich sens. Przez chwilę siedziała milcząc. Lustrowała wzrokiem swojego przyjaciela, którego lada dzień mogła stracić. Gdy kiedykolwiek ktoś odczuwał niezwykle intensywnie pewien rodzaj pokrewieństwa dusz, to właśnie coś takiego dotyczyło przypadku Antoine'a i Marysi. Oboje byli świadomi pewnej więzi, która ich połączyła i przez którą major odnalazł w sobie potrzebę natychmiastowego poinformowania lekarki o swoich planach.
- Rozumiem. A kiedy dokładnie wyjeżdżasz? I...- nie dokończyła
- I kiedy wracam?- zgadł- Ta choroba, którą teraz wykryli u mamy jest bardzo rzadka i wymaga innowacyjnego leczenia. Prawdopodobnie wrócę dopiero na święta. Ta wizja mnie przytłacza, Marien. Uwierz mi, że tysiąc razy bardziej wolałbym być tu z tobą i z moją zdrową matką. Tylko to jest mój obowiązek... I nie obchodzi mnie, że mój podwładny jest w tobie po uszy zadurzony. W tym momencie tracę wszelkie pojęcie na temat moralności. Ale to ty musisz wybrać. Nawet nie wiesz, jak będę za tobą tęsknił. I choć tak krótko się znamy, połączeni ze sobą wspólnymi ideami tej nocnej pogawędki... ja tylko chcę, żebyś była szczęśliwa.- wyznał, podchodząc do Marien i klękając na podłodze, by móc to wszytko okazać.
- Wstań, proszę...- Kobieta próbowała go podnieść. Na próżno. Mimowolnie zmusił ją do przyjęcia własnej pozycji. Teraz oboje klęczeli na terakotowej, zimnej podłodze, patrząc sobie w oczy, które wyrażały wspomnienie niedawnego zwierzenia.- Jedź, jeśli musisz to jedź. Ja nic do Clode'a nie czuję. Będę na ciebie czekać. Jako na przyjaciela... bo to jest najważniejsze. "Przyjaźń jako warunek udanego partnerstwa"- pamiętasz? Sam to powiedziałeś...
- "Małymi krokami do wielkiej miłości"?- zacytował fragment z pewnego filmu
- Dokładnie tak.
Padli sobie w objęcia. Marien zapomniała już o niedawnym spotkaniu z babcią. Teraz nikt i nic nie liczyło się bardziej od tej chwili. Antoine po raz pierwszy w życiu doznał tak gorącego uczucia, jakiego może doświadczyć tylko mężczyzna zakochany i w pełni świadomy swojego stanu. Już nie analizował zachowań przechodniów. Opuścił gabinet kobiety, przy której nieustannie pozostawał myślami i zbliżał się w kierunku samochodu. Usadowiwszy tam matkę, sam wsiadł do taksówki, która miała ich odwieźć na prom, skąd trafiliby na lotnisko...
- Wszystko będzie dobrze- szepnęła mu na ucho matka, by ukoić ból syna
***
niecałe 3 miesiące później
Marianna przygotowywała się do ślubu swoich przyjaciół, na którym miała być świadkową dla Carmelle. Była sobota rano, a ona wciąż pozostawała w rozsypce. Oczekiwała na wizytę domowego fryzjera- Richarda. W jej domu wciąż krzątał się Clode, który nieustannie walczył o miejsce w sercu Marien. Na jego nieszczęście kobieta pozostawała wierna słowu danemu Antoine'owi.
Usłyszała dzwonek do drzwi i natychmiast pobiegła je otworzyć.
- Moja droga! Muszę w tej chwili zająć się twoimi włosami, a potem szybciutko pojedziemy do domu panny młodej.
- Witaj, Richardzie!- zaczęła pogodniej Marysia
Oboje udali się do łazienki, gdzie fryzjer zdołał rozłożyć się z całym sprzętem i rozpoczął stylizację. Po upływie trzydziestu minut mogła podziwiać jego dzieło. Grube loki spływały po jej śnieżnobiałych ramionach, a z pojedynczych kosmyków został upleciony warkocz, tworzący swoistą naturalną opaskę- oprawę całości tego majstersztyku.
- Wow! Chyba nigdy lepiej nie wyglądałam.- zażartowała, by sprawić przyjemność "artyście"- Dziękuję
- Ależ bardzo proszę, mademoiselle. Tylko nie zniszcz tego, kiedy będziesz wkładać tę swoją cudowną kreację, dobrze?
- Nie ma sprawy. A właśnie... mógłbyś mi z tym pomóc?- poprosiła
- Ja chętnie go zastąpię w tym zadaniu. Świetnie pomagam w nakładaniu różnych części garderoby.
- Chciałbyś- ja wiem... ale widzisz, mój drogi, problem w tym, że prawdopodobnie jesteś też mistrzem w zdejmowaniu różnych części garderoby- zadrwił Richard
- OK, OK... już sobie idę.
Po jakimś czasie wyszli wszyscy do samochodu, by udać się do domu panny młodej, gdzie przebywał również pan młody, dla którego świadkiem był Clode. Na całe szczęście Jean, by stało się zadość ślubnej tradycji, unikał spotkania z przyszłą żoną. Minęło zaledwie kilka minut i już byli na miejscu. Szybko pobiegli do sypialni Carmelle, by pomóc jej w przygotowaniach. Kiedy Marysia wraz z Richardem weszli do jej łazienki zastali kobietę w prześlicznej białej sukni ślubnej. Uwieńczeniem jej wspaniałego wyglądu miała być równie niezwykła fryzura.
- No.. to bierzemy się do pracy!- zakomenderował Richard
Na polecenie panny młodej nieco się spieszył, aczkolwiek wykonywał swoją "misję" z ogromnym skupieniem, czego oszałamiający efekt można było później podziwiać. Carmelle założyła tylko welon i zbiegła na dół do limuzyny, w której jechała z nią Marien oraz rodzice przyszłej mężatki.
Kościół wyglądał nieziemsko, co potęgowało i podkreślało niezwykłość tej podniosłej chwili. Wszyscy zajęli swoje miejsca i czekano tylko na "ten moment". Nagle z organów dobiegł Marsz Mendelsona. Melodia rozbrzmiewała wśród zebranych wgapionych w prowadzoną przez ojca kobietę. Carmelle podążała wolnym krokiem, by wkrótce obwieścić światu tę cudowną wiadomość- że jest żoną najwspanialszego człowieka pod słońcem. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, rozpromieniając całą ceremonię. Czuła się najszczęśliwszą panną młodą na świecie. Wreszcie stanęła przy ukochanym, powtarzając wkrótce tekst przysięgi małżeńskiej. Kapłan na znak przypieczętowania małżeństwa pozwolił małżonkom oddać się upojnej chwili pocałunku.
Gdy młoda para wychodziła z kościoła, sypnięto ryżem i monetami, a z klatek wypuszczono białe gołębie. Potem zrobiono kilka pamiątkowych zdjęć, złożono życzenia i pozwolono ukochanym oddalić się w kierunku dorożki, mającej zabrać ich na wesele. Za nimi ciągnęły się limuzyny wypełnione wzruszonymi członkami uroczystości.
Wesele miało miejsce w hotelu- by każdy z gości nie musiał później wracać o domu, a tylko spokojnie pójść do danego pokoju wypocząć. Stoły były nakryte białymi obrusami. Wszędzie aż roiło się od różnorakich potraw. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Jednak Marien nie miała ochoty na jedzenie. Przez ostatnie trzy miesiące wymizerniała i stała się nieco nieprzystępna. Wszyscy byli w stanie domyślić się, że to z powodu nieobecności Antoine'a.
Goście jedli i tańczyli. Wreszcie nastał czas, by panna młoda rzuciła bukietem w tłum kobiet, a pan młody muszką dla grupy dżentelmenów. Łatwo się można domyślić, że bukiet trafił w ręce... Marianny. Była lekko oszołomiona, ale to nic w porównaniu z tym, co nastąpiło później. Co prawda została poinformowana przez Carmelle, że ta wysłała zaproszenie majorowi na ślub, ale nie spodziewała się, że to właśnie jego sylwetka wyłoni się z garstki skupionych w kole mężczyzn, polujących na ślubną muszkę. To on, to Antoine trzymał w ręku ten przedmiot. Zbliżał się do Marien wystrojony w elegancki garnitur. Ludzie zrozumieli, że powinni dać tym dwojgu odrobinę prywatności, więc rozstąpili się prędko i zajęli się własnymi sprawami.
- Co ty tu robisz?- spytała zszokowana Marianna
- Po prostu jestem.- odpowiedział, wciąż patrząc jej głęboko w oczy- Nie mogłem bez ciebie tak długo wytrzymać
- A co z twoją mamą?
- Już wszystko w porządku. Przed chwilą wróciliśmy. Odpoczywa w domu. Kazała mi tu przyjść i to nie tylko ze względu na fakt, iż jest to ślub mojego brata, ale... ona po prostu wie, że ja ... i ty.. że my...
- Tak się cieszę, że wróciłeś! Proszę powiedz, że już nigdy nie wyjedziesz!
- Obiecuję... Chyba, że z tobą.
Objął ją mocno, ale nie całował. Świadkiem tego wydarzenia był Clode, który natychmiast w ramach "zemsty" zaczął podrywać znajdującą się tuż obok niego ładną blondynkę. Może zrozumiał, że tak już musiało być.
Marien i Antoine zaczęli tańczyć wtuleni w siebie i milczący.
- Wiem o twojej babci.- powiedział niespodziewanie
- Co?!- wydusiła- Jak to?
- Spokojnie, Marien! Ja też ją widziałem. Nie martw się. Razem jakoś sobie z tym poradzimy...
I tak pełen beztroski wieczór zamienił się w kolejną serię zagadek do rozszyfrowania. Postanowili pójść do pokoju hotelowego, gdzie mogliby porozmawiać o tym, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Usiedli wygodnie na zielonej sofie i zaczęli dyskusję.
- Antoine, ja naprawdę nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Ona chce, żebyśmy coś odkryli. Tylko ja nie wiem, co...
- A gdzie wcześniej mieszkała twoja babcia?- zainteresował się major
- Ten dom już zburzyli.
- A jaki to adres?
- Napoleona Bonaparte 8.
- A wiesz, że kiedyś N.B. 8 było N.B. 6? I na odwrót... czyli, że ten dom nadal stoi.- wyjaśnił
- Przecież to niemożliwe!
- Po co od razu wątpić? Pojedźmy tam i się przekonamy. Co ty na to?
- Ale teraz?
- Nie ma na co czekać. Jest dość późno. I tak nikt nie będzie zwracał teraz na nas uwagi. To co?
- No dobrze. Jedźmy. Ale ty prowadzisz...
Za parę minut błądzili ciemną uliczką w poszukiwaniu odpowiedniego domku. Brak oświetlenia utrudniał im zadanie. Przeszli jeszcze kawałek i udało im się. Trafili w odpowiednie miejsce. Zapukali do drzwi, ale nikogo nie było. Najwyraźniej budynek nie miał właścicieli. Marysia włożyła ręce do kieszeni płaszcza i wyczuła jakiś przedmiot. Był to klucz. Całkiem nieoczekiwanie znalazł się tam akurat w tym momencie. Wyjęła go z kieszeni i podała majorowi.
- Myślisz, że byle jaki klucz otworzy te drzwi? To solidna robota. Nie nabierzesz tych zamków.
- Ale ja tego klucz wcześniej nie miałam, majorze. Może spróbujemy?
- Bardzo proszę.
Włożyła klucz w zamek. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc niemiłosiernie. Na pozór niewielkie domostwo w środku wydawało się znacznie przestronniejsze. Nigdzie nie było światła. Na szczęście major miał przy sobie latarkę. Odruchowo chwycił Mariannę za rękę w ochronnym geście. Wzmocniła uścisk. Mimowolnie przylgnęła do partnera w obawie o ich przyszłość i kolejne niespodzianki. Zmierzali w kierunku strychu. Na górze pełno było rupieci, ale dostali od staruszki wskazówkę, że to właśnie tam znajdą bardzo cenną rzecz. Na samym końcu pomieszczenia znajdował się olbrzymi kufer, który przyciągnął wzrok poszukiwaczy. Podeszli do niego i usiłowali otworzyć. Na próżno się starali. Trzeba było posiadać inny klucz.
- To na nic!- krzyknęła zrozpaczona Marysia i pochyliła się nas skrzynią
Antoine'owi migną przed oczami złoty wisiorek kobiety. Zbliżył się do niej, odgarnął do tyłu włosy i przyciągnął medalion bliżej. Ten niezwykły klejnot mienił się nawet w ciemności.
- O co chodzi?- spytał zdezorientowana kobieta
- Ten medalion to klucz!- odgadł major
- Co ty wygadujesz? Dała mi go babcia, kiedy... O mój Boże!- wykrzyknęła, kiedy dotarła do niej ta wiadomość
- Czy mógłbym?
- A, tak. Oczywiście.
Antoine rozpiął łańcuszek Marysi delikatnie muskając palcami jej włosy, co nieco go rozproszyło. Jednak zdołał przywołać się do porządku i spróbował otworzyć kufer. I kolejny sukces! Wieko skrzyni było dość ciężkie, ale we dwoje dali radę je podnieść. To stare pudło zapełnione było różnymi rzeczami. Antoine wydobył ze środka stertę listów zaadresowanych do.. Marianny Franek!
- To chyba do ciebie... po polsku- wydukał, podając je dziewczynie
Otworzyła pierwszy z nich. Po chwili zachwiał się i gdyby nie major wylądowałaby prawdopodobnie na podłodze.
- Co się stało? Co ci jest?- zaniepokoił się
- Z tego listu wynika, że... że moja matka żyje!- odsłoniła przed nim tajemnicę- Dlaczego babcia nie powiedziała mi tego wprost?!
- Bo nie mogłam, kochanie... Nie pozwolono mi. Powiedzieli, że nie możesz dowiedzieć się o tym sama. Przepraszam za te tajemnice, ale o nic więcej nie pytaj. Wiedz tylko, że kiedy dostałam się TU od razu mnie uświadomiono. Chciałam ci to wszystko szybko wyznać. Ja nawet nie wiem, gdzie ona teraz jest. Ale Danusia cię nie zostawiła. Zabrano ją. To wszystko to tylko były takie pozory. To przez jej rodzinę i dawne... tragedie. Musicie ją odnaleźć. Tylko spokojnie. Czuję, że jest bezpieczna. Jeden problem: ona nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jest. To wszystko... żegnajcie!
Marysia popędziła Antoine'a i wraz z nim pojechała do jego domu, by tam mogli wspólnie wszystko ustalić i zastanowić się nad dalszymi działaniami.
Usłyszała dzwonek do drzwi i natychmiast pobiegła je otworzyć.
- Moja droga! Muszę w tej chwili zająć się twoimi włosami, a potem szybciutko pojedziemy do domu panny młodej.
- Witaj, Richardzie!- zaczęła pogodniej Marysia
Oboje udali się do łazienki, gdzie fryzjer zdołał rozłożyć się z całym sprzętem i rozpoczął stylizację. Po upływie trzydziestu minut mogła podziwiać jego dzieło. Grube loki spływały po jej śnieżnobiałych ramionach, a z pojedynczych kosmyków został upleciony warkocz, tworzący swoistą naturalną opaskę- oprawę całości tego majstersztyku.
- Wow! Chyba nigdy lepiej nie wyglądałam.- zażartowała, by sprawić przyjemność "artyście"- Dziękuję
- Ależ bardzo proszę, mademoiselle. Tylko nie zniszcz tego, kiedy będziesz wkładać tę swoją cudowną kreację, dobrze?
- Nie ma sprawy. A właśnie... mógłbyś mi z tym pomóc?- poprosiła
- Ja chętnie go zastąpię w tym zadaniu. Świetnie pomagam w nakładaniu różnych części garderoby.
- Chciałbyś- ja wiem... ale widzisz, mój drogi, problem w tym, że prawdopodobnie jesteś też mistrzem w zdejmowaniu różnych części garderoby- zadrwił Richard
- OK, OK... już sobie idę.
Po jakimś czasie wyszli wszyscy do samochodu, by udać się do domu panny młodej, gdzie przebywał również pan młody, dla którego świadkiem był Clode. Na całe szczęście Jean, by stało się zadość ślubnej tradycji, unikał spotkania z przyszłą żoną. Minęło zaledwie kilka minut i już byli na miejscu. Szybko pobiegli do sypialni Carmelle, by pomóc jej w przygotowaniach. Kiedy Marysia wraz z Richardem weszli do jej łazienki zastali kobietę w prześlicznej białej sukni ślubnej. Uwieńczeniem jej wspaniałego wyglądu miała być równie niezwykła fryzura.
- No.. to bierzemy się do pracy!- zakomenderował Richard
Na polecenie panny młodej nieco się spieszył, aczkolwiek wykonywał swoją "misję" z ogromnym skupieniem, czego oszałamiający efekt można było później podziwiać. Carmelle założyła tylko welon i zbiegła na dół do limuzyny, w której jechała z nią Marien oraz rodzice przyszłej mężatki.
Kościół wyglądał nieziemsko, co potęgowało i podkreślało niezwykłość tej podniosłej chwili. Wszyscy zajęli swoje miejsca i czekano tylko na "ten moment". Nagle z organów dobiegł Marsz Mendelsona. Melodia rozbrzmiewała wśród zebranych wgapionych w prowadzoną przez ojca kobietę. Carmelle podążała wolnym krokiem, by wkrótce obwieścić światu tę cudowną wiadomość- że jest żoną najwspanialszego człowieka pod słońcem. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, rozpromieniając całą ceremonię. Czuła się najszczęśliwszą panną młodą na świecie. Wreszcie stanęła przy ukochanym, powtarzając wkrótce tekst przysięgi małżeńskiej. Kapłan na znak przypieczętowania małżeństwa pozwolił małżonkom oddać się upojnej chwili pocałunku.
Gdy młoda para wychodziła z kościoła, sypnięto ryżem i monetami, a z klatek wypuszczono białe gołębie. Potem zrobiono kilka pamiątkowych zdjęć, złożono życzenia i pozwolono ukochanym oddalić się w kierunku dorożki, mającej zabrać ich na wesele. Za nimi ciągnęły się limuzyny wypełnione wzruszonymi członkami uroczystości.
Wesele miało miejsce w hotelu- by każdy z gości nie musiał później wracać o domu, a tylko spokojnie pójść do danego pokoju wypocząć. Stoły były nakryte białymi obrusami. Wszędzie aż roiło się od różnorakich potraw. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Jednak Marien nie miała ochoty na jedzenie. Przez ostatnie trzy miesiące wymizerniała i stała się nieco nieprzystępna. Wszyscy byli w stanie domyślić się, że to z powodu nieobecności Antoine'a.
Goście jedli i tańczyli. Wreszcie nastał czas, by panna młoda rzuciła bukietem w tłum kobiet, a pan młody muszką dla grupy dżentelmenów. Łatwo się można domyślić, że bukiet trafił w ręce... Marianny. Była lekko oszołomiona, ale to nic w porównaniu z tym, co nastąpiło później. Co prawda została poinformowana przez Carmelle, że ta wysłała zaproszenie majorowi na ślub, ale nie spodziewała się, że to właśnie jego sylwetka wyłoni się z garstki skupionych w kole mężczyzn, polujących na ślubną muszkę. To on, to Antoine trzymał w ręku ten przedmiot. Zbliżał się do Marien wystrojony w elegancki garnitur. Ludzie zrozumieli, że powinni dać tym dwojgu odrobinę prywatności, więc rozstąpili się prędko i zajęli się własnymi sprawami.
- Co ty tu robisz?- spytała zszokowana Marianna
- Po prostu jestem.- odpowiedział, wciąż patrząc jej głęboko w oczy- Nie mogłem bez ciebie tak długo wytrzymać
- A co z twoją mamą?
- Już wszystko w porządku. Przed chwilą wróciliśmy. Odpoczywa w domu. Kazała mi tu przyjść i to nie tylko ze względu na fakt, iż jest to ślub mojego brata, ale... ona po prostu wie, że ja ... i ty.. że my...
- Tak się cieszę, że wróciłeś! Proszę powiedz, że już nigdy nie wyjedziesz!
- Obiecuję... Chyba, że z tobą.
Objął ją mocno, ale nie całował. Świadkiem tego wydarzenia był Clode, który natychmiast w ramach "zemsty" zaczął podrywać znajdującą się tuż obok niego ładną blondynkę. Może zrozumiał, że tak już musiało być.
Marien i Antoine zaczęli tańczyć wtuleni w siebie i milczący.
- Wiem o twojej babci.- powiedział niespodziewanie
- Co?!- wydusiła- Jak to?
- Spokojnie, Marien! Ja też ją widziałem. Nie martw się. Razem jakoś sobie z tym poradzimy...
I tak pełen beztroski wieczór zamienił się w kolejną serię zagadek do rozszyfrowania. Postanowili pójść do pokoju hotelowego, gdzie mogliby porozmawiać o tym, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Usiedli wygodnie na zielonej sofie i zaczęli dyskusję.
- Antoine, ja naprawdę nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Ona chce, żebyśmy coś odkryli. Tylko ja nie wiem, co...
- A gdzie wcześniej mieszkała twoja babcia?- zainteresował się major
- Ten dom już zburzyli.
- A jaki to adres?
- Napoleona Bonaparte 8.
- A wiesz, że kiedyś N.B. 8 było N.B. 6? I na odwrót... czyli, że ten dom nadal stoi.- wyjaśnił
- Przecież to niemożliwe!
- Po co od razu wątpić? Pojedźmy tam i się przekonamy. Co ty na to?
- Ale teraz?
- Nie ma na co czekać. Jest dość późno. I tak nikt nie będzie zwracał teraz na nas uwagi. To co?
- No dobrze. Jedźmy. Ale ty prowadzisz...
Za parę minut błądzili ciemną uliczką w poszukiwaniu odpowiedniego domku. Brak oświetlenia utrudniał im zadanie. Przeszli jeszcze kawałek i udało im się. Trafili w odpowiednie miejsce. Zapukali do drzwi, ale nikogo nie było. Najwyraźniej budynek nie miał właścicieli. Marysia włożyła ręce do kieszeni płaszcza i wyczuła jakiś przedmiot. Był to klucz. Całkiem nieoczekiwanie znalazł się tam akurat w tym momencie. Wyjęła go z kieszeni i podała majorowi.
- Myślisz, że byle jaki klucz otworzy te drzwi? To solidna robota. Nie nabierzesz tych zamków.
- Ale ja tego klucz wcześniej nie miałam, majorze. Może spróbujemy?
- Bardzo proszę.
Włożyła klucz w zamek. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc niemiłosiernie. Na pozór niewielkie domostwo w środku wydawało się znacznie przestronniejsze. Nigdzie nie było światła. Na szczęście major miał przy sobie latarkę. Odruchowo chwycił Mariannę za rękę w ochronnym geście. Wzmocniła uścisk. Mimowolnie przylgnęła do partnera w obawie o ich przyszłość i kolejne niespodzianki. Zmierzali w kierunku strychu. Na górze pełno było rupieci, ale dostali od staruszki wskazówkę, że to właśnie tam znajdą bardzo cenną rzecz. Na samym końcu pomieszczenia znajdował się olbrzymi kufer, który przyciągnął wzrok poszukiwaczy. Podeszli do niego i usiłowali otworzyć. Na próżno się starali. Trzeba było posiadać inny klucz.
- To na nic!- krzyknęła zrozpaczona Marysia i pochyliła się nas skrzynią
Antoine'owi migną przed oczami złoty wisiorek kobiety. Zbliżył się do niej, odgarnął do tyłu włosy i przyciągnął medalion bliżej. Ten niezwykły klejnot mienił się nawet w ciemności.
- O co chodzi?- spytał zdezorientowana kobieta
- Ten medalion to klucz!- odgadł major
- Co ty wygadujesz? Dała mi go babcia, kiedy... O mój Boże!- wykrzyknęła, kiedy dotarła do niej ta wiadomość
- Czy mógłbym?
- A, tak. Oczywiście.
Antoine rozpiął łańcuszek Marysi delikatnie muskając palcami jej włosy, co nieco go rozproszyło. Jednak zdołał przywołać się do porządku i spróbował otworzyć kufer. I kolejny sukces! Wieko skrzyni było dość ciężkie, ale we dwoje dali radę je podnieść. To stare pudło zapełnione było różnymi rzeczami. Antoine wydobył ze środka stertę listów zaadresowanych do.. Marianny Franek!
- To chyba do ciebie... po polsku- wydukał, podając je dziewczynie
Otworzyła pierwszy z nich. Po chwili zachwiał się i gdyby nie major wylądowałaby prawdopodobnie na podłodze.
- Co się stało? Co ci jest?- zaniepokoił się
- Z tego listu wynika, że... że moja matka żyje!- odsłoniła przed nim tajemnicę- Dlaczego babcia nie powiedziała mi tego wprost?!
- Bo nie mogłam, kochanie... Nie pozwolono mi. Powiedzieli, że nie możesz dowiedzieć się o tym sama. Przepraszam za te tajemnice, ale o nic więcej nie pytaj. Wiedz tylko, że kiedy dostałam się TU od razu mnie uświadomiono. Chciałam ci to wszystko szybko wyznać. Ja nawet nie wiem, gdzie ona teraz jest. Ale Danusia cię nie zostawiła. Zabrano ją. To wszystko to tylko były takie pozory. To przez jej rodzinę i dawne... tragedie. Musicie ją odnaleźć. Tylko spokojnie. Czuję, że jest bezpieczna. Jeden problem: ona nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jest. To wszystko... żegnajcie!
Marysia popędziła Antoine'a i wraz z nim pojechała do jego domu, by tam mogli wspólnie wszystko ustalić i zastanowić się nad dalszymi działaniami.
...