piątek, 30 grudnia 2011

Tyle rzeczy naraz! STOP!

"Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości."
Paulo Coelho — Alchemik

   Od pamiętnego przyjęcia minęło kilka dni. Marianna była rozczarowana zniknięciem majora, który zostawił znalezioną przez nią z rana karteczkę: "Dziękuję, Marien! Dawno z nikim tak nie rozmawiałem. Pamiętaj o tym, medemoiselle". Choć te wyrazy sprawiły, że na twarzy kobiety pojawił się szeroki uśmiech, jednak nie zmieniało to faktu, iż wolałaby być osobiście poinformowana przez Antoine'a. Siedziała teraz za biurkiem, na którym znajdowała się sterta nowych papierów do wypełnienia i zastanawiała się nad tym, co powiedziała jej babcia. Wciąż nie uzyskała pełnych odpowiedzi. Tylko jakieś mało znaczące zdanie: "Miłość jest narzędziem, które może wskazać Ci drogę do..." i znowu urwała. Dlaczego? Po co te tajemnice? Marysia miała już tego po dziurki w nosie. Zdenerwowana krzyknęła:
- Zlituj się nade mną!
Włożyła głowę w ręce w geście załamania, kiedy usłyszała za sobą głos pewnej staruszki...
- Kochanie, co cię tak dręczy?- odezwała się babcia
- O Matko!- przestraszyła się kobieta, która natychmiast obróciła się na krześle w kierunku Juliette.
- Wzywałaś?
- Może ja mam guza mózgu... glejaka?! Muszę koniecznie zrobić rezonans. Jeszcze dziś! Chyba pracownicy mają taniej... - starała się usprawiedliwić to, co widziała
- Kochanie, nie możesz tego odrzucać. Nie masz żadnego guza. Wiedziałabym o tym! No już! Skarbie, uspokój się! Dlaczego teraz udajesz, że mnie nie ma?
- Babciu... bo ty... bo ty... Ciebie nie powinno tu być!- wrzasnęła na całe gardło
- Wydaje ci się, że to nienormalne, ale... uwierz mi- tak musi być. Zaakceptuj to! To twój rodzinny obowiązek...- dodała
- Rodzinny obowiązek, tak?! Pff....! Przestań! Ja mam już tego dosyć! Więc albo mi powiesz o co chodzi albo... albo ja się od tego raz na zawsze odłączę! Wyjadę stąd i nie wrócę! Po co mi to było?! 
- Marien, wszystko w porządku?- zapytała Carmelle, która wparowała do gabinetu zaraz po tym, jak usłyszała krzyki nowej lekarki.
- Tak... tak. - powiedziała, gdy babcia zniknęła.
- Masz gościa- poinformowała ją, uśmiechając się serdecznie
- Poproś...- nie dokończyła
Do pomieszczenia wtargnął zaniepokojony major. Czarne loki były wilgotne od letniego deszczu, a przemoknięta kurtka dawała o sobie znać, kiedy krople wody spływały po okryciu mężczyzny dźwięcznie stykając się z podłogą i robiąc tam niewielką kałużę. Marianna nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć z wizyty babci. Wszystko odzwierciedlały jej oczy. Cały niepokój, strach, złość. Te emocje można było z nich wyczytać bez problemu. Niestety, Antoine nie był analfabetą, a czytać potrafił całkiem nieźle. 
- Dziękuję, Carmelle- powiedziała, dając jej do zrozumienia, że może już wyjść
- Witaj...- wyjąkała, kiedy recepcjonistka zamknęła za sobą drzwi
- Dzień dobry! Na pewno wszystko OK?- dopytywał się mężczyzna
- Tak... dużo słyszeliście?- zawstydziła się kobieta
- Nieee... tylko zastanawiam się, dlaczego krzyczałaś, że masz czegoś dosyć i chcesz stąd wyjechać...- powiedział
- Aha. Tak, cóż... Każdy ma swoje problemy.- tłumaczyła
- Rozumiem. Muszę z tobą o czymś porozmawiać...- zaczął, po czym usadowił się wygodnie w fotelu
- Tak, słucham...- dała mu znak, by rozpoczął konwersację
- Jest coś... Po prostu potrzebuję twojej pomocy. Bo widzisz, moja mama mówi, że bardzo dobrze się czuje, ale ja potrafię rozpoznać, kiedy ona kłamie. Mówiłem już o tym z lekarzami i poradzili mi, abym zabrał ją do pewnego ośrodka w Kanadzie. Nikt teraz nie wie, co jej tak naprawdę dolega. I... muszę z nią wyjechać. Natychmiast.- powiedział szybko
Te zdania zlały się dla Marien w jedną całość. Trudno jej było wyłowić ich sens. Przez chwilę siedziała milcząc. Lustrowała wzrokiem swojego przyjaciela, którego lada dzień mogła stracić. Gdy kiedykolwiek ktoś odczuwał niezwykle intensywnie pewien rodzaj pokrewieństwa dusz, to właśnie coś takiego dotyczyło przypadku Antoine'a i Marysi. Oboje byli świadomi pewnej więzi, która ich połączyła i przez którą major odnalazł w sobie potrzebę natychmiastowego poinformowania lekarki o swoich planach.
- Rozumiem. A kiedy dokładnie wyjeżdżasz? I...- nie dokończyła
- I kiedy wracam?- zgadł- Ta choroba, którą teraz wykryli u mamy jest bardzo rzadka i wymaga innowacyjnego leczenia. Prawdopodobnie wrócę dopiero na święta. Ta wizja mnie przytłacza, Marien. Uwierz mi, że tysiąc razy bardziej wolałbym być tu z tobą i z moją zdrową matką. Tylko to jest mój obowiązek... I nie obchodzi mnie, że mój podwładny jest w tobie po uszy zadurzony. W tym momencie tracę wszelkie pojęcie na temat moralności. Ale to ty musisz wybrać. Nawet nie wiesz, jak będę za tobą tęsknił. I choć tak krótko się znamy, połączeni ze sobą wspólnymi ideami tej nocnej pogawędki... ja tylko chcę, żebyś była szczęśliwa.- wyznał, podchodząc do Marien i klękając na podłodze, by móc to wszytko okazać.
- Wstań, proszę...- Kobieta próbowała go podnieść. Na próżno. Mimowolnie zmusił ją do przyjęcia własnej pozycji. Teraz oboje klęczeli na terakotowej, zimnej podłodze, patrząc sobie w oczy, które wyrażały wspomnienie niedawnego zwierzenia.- Jedź, jeśli musisz to jedź. Ja nic do Clode'a nie czuję. Będę na ciebie czekać. Jako na przyjaciela... bo to jest najważniejsze. "Przyjaźń jako warunek udanego partnerstwa"- pamiętasz? Sam to powiedziałeś...
- "Małymi krokami do wielkiej miłości"?- zacytował fragment z pewnego filmu
- Dokładnie tak.
Padli sobie w objęcia. Marien zapomniała już o niedawnym spotkaniu z babcią. Teraz nikt i nic nie liczyło się bardziej od tej chwili. Antoine po raz pierwszy w życiu doznał tak gorącego uczucia, jakiego może doświadczyć tylko mężczyzna zakochany i w pełni świadomy swojego stanu. Już nie analizował zachowań przechodniów. Opuścił gabinet kobiety, przy której nieustannie pozostawał myślami i zbliżał się w kierunku samochodu. Usadowiwszy tam matkę, sam wsiadł do taksówki, która miała ich odwieźć na prom, skąd trafiliby na lotnisko...
- Wszystko będzie dobrze- szepnęła mu na ucho matka, by ukoić ból syna


***

niecałe 3 miesiące później


   Marianna przygotowywała się do ślubu swoich przyjaciół, na którym miała być świadkową dla Carmelle. Była sobota rano, a ona wciąż pozostawała w rozsypce. Oczekiwała na wizytę domowego fryzjera- Richarda. W jej domu wciąż krzątał się Clode, który nieustannie walczył o miejsce w sercu Marien. Na jego nieszczęście kobieta pozostawała wierna słowu danemu Antoine'owi. 
Usłyszała dzwonek do drzwi i natychmiast pobiegła je otworzyć. 
- Moja droga! Muszę w tej chwili zająć się twoimi włosami, a potem szybciutko pojedziemy do domu panny młodej. 
- Witaj, Richardzie!- zaczęła pogodniej Marysia
Oboje udali się do łazienki, gdzie fryzjer zdołał rozłożyć się z całym sprzętem i rozpoczął stylizację. Po upływie trzydziestu minut mogła podziwiać jego dzieło. Grube loki spływały po jej śnieżnobiałych ramionach, a z pojedynczych kosmyków został upleciony warkocz, tworzący swoistą naturalną opaskę- oprawę całości tego majstersztyku. 
- Wow! Chyba nigdy lepiej nie wyglądałam.- zażartowała, by sprawić przyjemność "artyście"- Dziękuję
- Ależ bardzo proszę, mademoiselle. Tylko nie zniszcz tego, kiedy będziesz wkładać tę swoją cudowną kreację, dobrze?
- Nie ma sprawy. A właśnie... mógłbyś mi z tym pomóc?- poprosiła
- Ja chętnie go zastąpię w tym zadaniu. Świetnie pomagam w nakładaniu różnych części garderoby.
- Chciałbyś- ja wiem... ale widzisz, mój drogi, problem w tym, że prawdopodobnie jesteś też mistrzem w zdejmowaniu różnych części garderoby- zadrwił Richard
- OK, OK... już sobie idę.
Po jakimś czasie wyszli wszyscy do samochodu, by udać się do domu panny młodej, gdzie przebywał również pan młody, dla którego świadkiem był Clode. Na całe szczęście Jean, by stało się zadość ślubnej tradycji, unikał spotkania z przyszłą żoną. Minęło zaledwie kilka minut i już byli na miejscu. Szybko pobiegli do sypialni Carmelle, by pomóc jej w przygotowaniach. Kiedy Marysia wraz z Richardem weszli do jej łazienki zastali kobietę w prześlicznej białej sukni ślubnej. Uwieńczeniem jej wspaniałego wyglądu miała być równie niezwykła fryzura. 
- No.. to bierzemy się do pracy!- zakomenderował Richard
Na polecenie panny młodej nieco się spieszył, aczkolwiek wykonywał swoją "misję" z ogromnym skupieniem, czego oszałamiający efekt można było później podziwiać. Carmelle założyła tylko welon i zbiegła na dół do limuzyny, w której jechała z nią Marien oraz rodzice przyszłej mężatki. 
   Kościół wyglądał nieziemsko, co  potęgowało i podkreślało niezwykłość tej podniosłej chwili. Wszyscy zajęli swoje miejsca i czekano tylko na "ten moment". Nagle z organów dobiegł Marsz Mendelsona. Melodia rozbrzmiewała wśród  zebranych wgapionych w prowadzoną przez ojca kobietę. Carmelle podążała wolnym krokiem, by wkrótce obwieścić światu tę cudowną wiadomość- że jest żoną najwspanialszego człowieka pod słońcem. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, rozpromieniając całą ceremonię. Czuła się najszczęśliwszą panną młodą na świecie. Wreszcie stanęła przy ukochanym, powtarzając wkrótce tekst przysięgi małżeńskiej.  Kapłan na znak przypieczętowania małżeństwa pozwolił małżonkom oddać się upojnej chwili pocałunku. 
Gdy młoda para wychodziła z kościoła, sypnięto ryżem i monetami, a z klatek wypuszczono białe gołębie. Potem zrobiono kilka pamiątkowych zdjęć, złożono życzenia i pozwolono ukochanym oddalić się w kierunku dorożki, mającej zabrać ich na wesele. Za nimi ciągnęły się limuzyny wypełnione wzruszonymi członkami uroczystości. 
Wesele miało miejsce w hotelu- by każdy z gości nie musiał później wracać o domu, a tylko spokojnie pójść do danego pokoju  wypocząć. Stoły były nakryte białymi obrusami. Wszędzie aż roiło się od różnorakich potraw. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Jednak Marien nie miała ochoty na jedzenie. Przez ostatnie trzy miesiące wymizerniała i stała się nieco nieprzystępna. Wszyscy byli w stanie domyślić się, że to z powodu nieobecności Antoine'a. 
Goście jedli i tańczyli. Wreszcie nastał czas, by panna młoda rzuciła bukietem w tłum kobiet, a pan młody muszką dla grupy dżentelmenów. Łatwo się można domyślić, że bukiet trafił w ręce... Marianny. Była lekko oszołomiona, ale to nic w porównaniu z tym, co nastąpiło później. Co prawda została poinformowana przez Carmelle, że ta wysłała zaproszenie majorowi na ślub, ale nie spodziewała się, że to właśnie jego sylwetka wyłoni się z garstki skupionych w kole mężczyzn, polujących na ślubną muszkę. To on, to Antoine trzymał w ręku ten przedmiot. Zbliżał się do Marien wystrojony w elegancki garnitur. Ludzie zrozumieli, że powinni dać tym dwojgu odrobinę prywatności, więc rozstąpili się prędko i zajęli się własnymi sprawami. 
- Co ty tu robisz?- spytała zszokowana Marianna
- Po prostu jestem.- odpowiedział, wciąż patrząc jej głęboko w oczy- Nie mogłem bez ciebie tak długo wytrzymać
- A co z twoją mamą?
- Już wszystko w porządku. Przed chwilą wróciliśmy. Odpoczywa w domu. Kazała mi tu przyjść i to nie tylko ze względu na fakt, iż jest to ślub mojego brata, ale... ona po prostu wie, że ja ... i ty.. że my... 
- Tak się cieszę, że wróciłeś! Proszę powiedz, że już nigdy nie wyjedziesz!
- Obiecuję... Chyba, że z tobą. 
Objął ją mocno, ale nie całował. Świadkiem tego wydarzenia był Clode, który natychmiast w ramach "zemsty" zaczął podrywać znajdującą się tuż obok niego ładną blondynkę. Może zrozumiał, że tak już musiało być. 
Marien i Antoine zaczęli tańczyć wtuleni w siebie i milczący.
- Wiem o twojej babci.- powiedział niespodziewanie
- Co?!- wydusiła- Jak to?
- Spokojnie, Marien! Ja też ją widziałem. Nie martw się. Razem jakoś sobie z tym poradzimy... 
I tak pełen beztroski wieczór zamienił się w kolejną serię zagadek do rozszyfrowania. Postanowili pójść do pokoju hotelowego, gdzie mogliby porozmawiać o tym, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Usiedli wygodnie na zielonej sofie i zaczęli dyskusję.
- Antoine, ja naprawdę nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Ona chce, żebyśmy coś odkryli. Tylko ja nie wiem, co...
- A gdzie wcześniej mieszkała twoja babcia?- zainteresował się major
- Ten dom już zburzyli.
- A jaki to adres?
- Napoleona Bonaparte 8.
- A wiesz, że  kiedyś N.B. 8 było N.B. 6? I na odwrót... czyli, że ten dom nadal stoi.- wyjaśnił
- Przecież to niemożliwe! 
- Po co od razu wątpić? Pojedźmy tam i się przekonamy. Co ty na to?
- Ale teraz? 
- Nie ma na co czekać. Jest dość późno. I tak nikt nie będzie zwracał teraz na nas uwagi. To co?
- No dobrze. Jedźmy. Ale ty prowadzisz...
Za parę minut błądzili ciemną uliczką w poszukiwaniu odpowiedniego domku. Brak oświetlenia utrudniał im zadanie. Przeszli jeszcze kawałek i udało im się. Trafili w odpowiednie miejsce. Zapukali do drzwi, ale nikogo nie było. Najwyraźniej budynek nie miał właścicieli. Marysia włożyła ręce do kieszeni płaszcza i wyczuła jakiś przedmiot. Był to klucz. Całkiem nieoczekiwanie znalazł się tam akurat w tym momencie. Wyjęła go z kieszeni i podała majorowi. 
- Myślisz, że byle jaki klucz otworzy te drzwi? To solidna robota. Nie nabierzesz tych zamków.
- Ale ja tego klucz wcześniej nie miałam, majorze. Może spróbujemy?
- Bardzo proszę.
Włożyła klucz w zamek. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc niemiłosiernie. Na pozór niewielkie domostwo w środku wydawało się znacznie przestronniejsze. Nigdzie nie było światła. Na szczęście major miał przy sobie latarkę. Odruchowo chwycił Mariannę za rękę w ochronnym geście. Wzmocniła uścisk. Mimowolnie przylgnęła do partnera w obawie o ich przyszłość i kolejne niespodzianki. Zmierzali w kierunku strychu. Na górze pełno było rupieci, ale dostali od staruszki wskazówkę, że to właśnie tam znajdą bardzo cenną rzecz. Na samym końcu pomieszczenia znajdował się olbrzymi kufer, który przyciągnął wzrok poszukiwaczy. Podeszli do niego i usiłowali otworzyć. Na próżno się starali. Trzeba było posiadać inny klucz. 
- To na nic!- krzyknęła zrozpaczona Marysia i pochyliła się nas skrzynią
Antoine'owi migną przed oczami złoty wisiorek kobiety. Zbliżył się do niej, odgarnął do tyłu włosy i przyciągnął medalion bliżej. Ten niezwykły klejnot mienił się nawet w ciemności. 
- O co chodzi?- spytał zdezorientowana kobieta
- Ten medalion to klucz!- odgadł major
- Co ty wygadujesz? Dała mi go babcia, kiedy... O mój Boże!- wykrzyknęła, kiedy dotarła do niej ta wiadomość
- Czy mógłbym?
- A, tak. Oczywiście.
Antoine rozpiął łańcuszek Marysi delikatnie muskając palcami jej włosy, co nieco go rozproszyło. Jednak zdołał przywołać się do porządku i spróbował otworzyć kufer. I kolejny sukces! Wieko skrzyni było dość ciężkie, ale we dwoje dali radę je podnieść. To stare pudło zapełnione było różnymi rzeczami. Antoine wydobył ze środka stertę listów zaadresowanych do.. Marianny Franek! 
- To chyba do ciebie... po polsku- wydukał, podając je dziewczynie 
Otworzyła pierwszy z nich. Po chwili zachwiał się i gdyby nie major wylądowałaby prawdopodobnie na podłodze. 
- Co się stało? Co ci jest?- zaniepokoił się 
- Z tego listu wynika, że... że moja matka żyje!- odsłoniła przed nim tajemnicę- Dlaczego babcia nie powiedziała mi tego wprost?!
- Bo nie mogłam, kochanie... Nie pozwolono mi. Powiedzieli, że nie możesz dowiedzieć się o tym sama. Przepraszam za te tajemnice, ale o nic więcej nie pytaj. Wiedz tylko, że kiedy dostałam się TU od razu mnie uświadomiono. Chciałam ci to wszystko szybko wyznać. Ja nawet nie wiem, gdzie ona teraz jest. Ale Danusia  cię nie zostawiła. Zabrano ją. To wszystko to tylko były takie pozory. To przez jej rodzinę i dawne... tragedie. Musicie ją odnaleźć. Tylko spokojnie. Czuję, że jest bezpieczna. Jeden problem: ona nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jest. To wszystko... żegnajcie!
Marysia popędziła Antoine'a i wraz z nim pojechała do jego domu, by tam mogli wspólnie wszystko ustalić i zastanowić się nad dalszymi działaniami.
...

poniedziałek, 14 listopada 2011

Każdemu przydarza się coś niezwykłego.

"Ci, którzy rozumieją jedynie to, co da się wytłumaczyć, niewiele rozumieją."
— Marie von Ebner-Eschenbac
 
    Tym razem Marianna znajdowała się na skraju ciemnego lasu. Przeszywały ją serie dreszczy spowodowane pogodą. Z chmur lał się deszcz, tworząc na ziemi kałuże. Marysia wpatrywała się w smugę światła, która coraz szybciej przybliżała się w jej stronę. Nagle zatrzymała się, a z jasności wyłoniła się postać babci dziewczyny. Nagle, rozpogodziło się, a słońce zaczęło dawać znać o sobie. Promienie ślizgały się po włosach kobiet, nadając im majestatyczności. Padły sobie do ramion. Starsza z nich płakała, mocno ściskając wnuczkę.
- Babciu, nie płacz. Znowu się pojawiłaś- powiedziała Marianna
- Tak, tak... Muszę ci o tym wszystkim przypominać. Pytaj, szukaj i odkryj to, co musisz.- odrzekła Juliette, po czym odeszła
- Zaczekaj!- krzyknęła Marysia i obudziła się pod wpływem własnego tonu
- No, nie! Znowu!?- mówiła sama do siebie
Wskazówki zegara podkreślały, że była godzina czwarta rano. Mania zamknęła oczy z nadzieję, iż uda jej się powrócić do tamtego snu. Niestety, kiedy się obudziła, nic nie pamiętała. Wstała z łóżka o dziesiątej, wyciągając ręce ku górze i rozprostowując kości. Poskładała pościel bardzo dokładnie i udała się do łazienki, by wziąć poranny prysznic. Ubrawszy się, zeszła na dół do kuchni, gdzie w spokoju planowała wypić kawę i zjeść niedzielne śniadanie. Ktoś jej jednak w tym przeszkodził...
***
   Major Sercuise obudził się w służbowym fotelu z nogami na biurku. Noc była wyjątkowo spokojna, toteż mógł pozwolić sobie na krótki wypoczynek pomiędzy piątą, a ósmą rano, kiedy to Clode wtargnął do jego gabinetu.
- Szefie, przysnąłem w celi, kiedy zadzwoniła do mnie do mnie siostra w pewnej sprawie i... czy mógłby szef zwolnić mnie już z służby?- zapytał podekscytowany żandarm
- Jasne. Właściwie to ja też będę się już zbierał.- odpowiedział Antoine 
- Pan do szpitala?- zainteresował się jego podwładny
- Tteż...- zająknął się
- Mogę podwieźć...- zaproponował Clode
- Przecież mam samochód. Dzięki. - odparł i po chwili dodał: Wiesz, że nie wtrącam się w prywatne życie moich pracowników, ale... czy ty spotykasz się z tą nową Franque?- zapytał nieco skrępowany
- Tak. Znaczy, jesteśmy jak przyjaciele. To twardy orzech do zgryzienia. Wie pan, ona jest inna. Jakaś taka niezwykła, inteligentna i zabawna- wyznał odważnie- ... no, ale jeśli szef chce z nią... to ja się odsuwam...
- Nie, nie! Co ci chodzi po głowie?!- zrugał go Sercuise- To tylko moja natura śledczego się odzywa- wyjaśnił
- Rozumiem. To do widzenia!- powiedział Clode, zamykając za sobą drzwi, usłyszawszy to samo z ust szefa. 
   O czym myślał Clode? Oczywiście, że o swojej przyjaciółce Marien. Uśmiechał się sam do siebie, kiedy to robił. Był dobrze wychowany i miał klasę. Rodzice od dziecka wpajali mu zasady etyki, a to robiło później wrażenie. Mężczyzna wsiadł do samochodu i odjechał w stronę swojego domu, oddalonego o pięć kilometrów od komisariatu. Biały, drewniany domek otoczony był płotem tego samego koloru. Oczywiście aranżacją ogrodu oraz wnętrz zajęła się jego siostra. On nie miał do tego głowy ani serca. Kobieca ręka odznaczała się wyraźnie w tych wszystkich kolorowych ornamentach, zdobiących płot i drzwi wejściowe. Wchodząc do środka, pierwsze, co rzucało się w oczy, to niesamowita przestrzeń. Ogromny korytarz był połączony z kuchnią i salonem. Wszystko było bardzo nowoczesne. Budujące ciepło jasne kolory ścian i drewniana podłoga podkreślały niesamowitość tego pomieszczenia. Pośrodku znajdowały się schody, prowadzące na górę, a tuż obok nich małe biuro pracowitego policjanta. Na piętrze mieściły się trzy pokoje, w tym sypialnia Clode'a. Na końcu korytarzyka znajdowała się łazienka, dokąd zmierzał teraz żandarm. Umył się i przebrał w czyste ubranie. Nawet nie miał ochoty odsypiać nocnego dyżuru. Kawę wypił już wcześniej, ale musiał zaaplikować sobie kolejną dawkę kofeiny, by nie padać z nóg. Wyjął telefon komórkowy z bocznej kieszeni bluzy i zadzwonił do siostry.
- No, cześć! To jak? To zaproszenie nadal aktualne?- zapytał
- Jasne. Pamiętaj, tylko jej nie wystrasz.- ostrzegł głos w słuchawce 
Policjant wziął ze sobą kluczyki od samochodu, które zostawił wcześniej na szafce przy wejściu i wyszedł pełen nadziei...
***
   Marianna kończyła właśnie dopijać ciemny napój, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Trochę ja to zdziwiło, bo nikogo się nie spodziewała. Wstała z krzesła i podeszła do drzwi. Gdy je otworzyła, jej oczom ukazała się sylwetka dobrze zbudowanego mężczyzny. 
- Clode! Witaj!- wykrztusiła zaskoczona
- Cześć.- odpowiedział 
- Zapraszam...- powiedziała, kierując mężczyznę do salonu. Clode usiadł na kanapie za niskim stolikiem, a Mania ulokowała się naprzeciwko niego w fotelu. - Masz ochotę na coś do picia?- zapytała
- Nie, nie. Ymmm.... Chciałbym zaprosić cię na coroczny piknik organizowany w hotelu przez moją siostrę. Co ty na to?- spytał nieśmiało
- A kiedy ma się to odbyć?
- Dziś o trzynastej.- powiedział szybko
- To nie dałeś mi zbyt wiele czasu do zastanowienia. 
- Całe dwie godziny. Poczekałbym tutaj na ciebie. Zresztą jesteś już doskonale ubrana. To tylko piknik. Wiesz... jeansy i T-shirt, tak jak ja - dodał, pokazując na siebie
- No, dobrze. Rozgość się. Włącz telewizor. No, nie wiem. Ja lecę.- odparła i popędziła na górę do pokoju.
Wyjęła z szafy czarne leginsy i brązowa tunikę, do której dołączyła pasek i skomponowało cały zestaw z ciemnymi balerinami. Po piętnastu minutach zeszła na dół z lekko podmalowanymi rzęsami i spiętych w kok włosach z opadającą kręconą grzywką. Wzięła ze sobą swoją torbę i włożyła do niej telefon. Clode stał już przy drzwiach, podziwiając idąca w jego stronę kobietę. Ubrany w jasne jeansy i biały T-shirt mężczyzna miał przepasany na szyi sweter w kremowym kolorze. 
- Pięknie wyglądasz.- powiedział zachwycony
- Dziękuję. Ty też jesteś niczego sobie.- zawtórowała mu dziewczyna 
- Zapraszam do mojego auta, mademoiselle.- odrzekł z uśmiechem
- Mademoiselle ma własny samochód i wie, gdzie musi się kierować.
- Ach! Ty niezależna kobieto. No, dobrze. Wiem, że nie warto nalegać.- poddał się
- I słusznie. - potwierdziła Marysia i zamknęła za sobą drzwi na klucz. Oboje wsiedli do swoich pojazdów i ruszyli odpowiednią drogą.
***
   Tymczasem Antoine pojechał do szpitala, zaraz po telefonie, jaki otrzymał od lekarza. Jego mama wybudziła się ze śpiączki! Major zerwał się z fotela i wyleciał z komisariatu jak poparzony. Jadąc samochodem złamał chyba wszelkie przepisy ruchu drogowego. W końcu dotarł do szpitala, gdzie czekał na niego szeroko uśmiechnięty lekarz.
- Bonjour! Proszę za mną- powiedział lekarz, kierując Sercuise'a do odpowiedniej sali.
- Mamo!- krzyknął widząc, stojącą w oknie kobietę z lewą ręką w gipsie i zwichniętą nogą. Podszedł do niej i przytulił ją delikatnie.- Natychmiast się kładź do łóżka!- nakazał- Pomogę ci... Kuśtykasz.- zauważył, prowadząc ją
- Kochanie, słyszałam, że Le Tertonne'owie organizują jakieś przyjęcie. Twój brat mi powiedział- wyznała, wskazując na stojącego w progu lekarza
- Jak się pani czuje, Amelie?- zapytał, zbliżając się do kobiety
- Bardzo dobrze, ale jestem jeszcze trochę zmęczona. Prześpię się i myślę, że zajmie mi to trochę czasu, więc nie ma sensu, synku, żebyś tu ze mną był. Masz jechać na ten piknik. To rozkaz!- kontynuowała
- Mamo, proszę cię...- próbował ją przekonać
- Może w końcu znajdziesz sobie żonę. Nie chcę cię tu widzieć. Sio!- zażartowała i pożegnała syna, któremu nie dała nawet dojść do głosu, aby mógł zadać jej kilka pytać związanych ze śledztwem.
Wyszedł z sali i podszedł do brata.
- Dziękuję ci... za pomoc...- wydukał major
- Ależ nie ma za co. Twoja mama to twarda sztuka. I ma rację. Powinieneś jechać na ten piknik. Też się tam wybieram- odparł Arthur
- Jesteś starszy ode mnie. To ty powinieneś szukać żony...- nawiązał do konwersacji z mamą
- Wiem. Tyle pracuję. Chociaż, kto wie?!
- Masz kogoś konkretnego na oku?- zainteresował się Antoine
- Ona jest troszkę inna. Mniej przystępna, ale piękna i niezwykle inteligentna. Na pewno ją znasz. To nasza nowa pani doktor.- ujawnił de Gautren
- Aha...- wyjąkał
- Jakoś cię to nie dziwi...- zauważył
- Uwierz, nie tylko tobie się podoba. Muszę już iść. Cześć i jeszcze raz dziękuję.- pożegnał się z lekarzem, ściskając mu dłoń. Zostawił go bez żadnych wyjaśnień. Sam major czuł się lekko zakłopotany całą sytuacją. Wrócił do domu, gdzie zaczął przygotowywać się do przyjęcia...
***
   Marianna siedziała na jednym z ogrodowych wiklinowych mebli przy willi Le Tertonne'ów. Poznała rodziców Clode'a i Anabelle...
- Dzień dobry!- powiedział ktoś do Marysi. Dziewczyna odwróciła się, a jej oczom ukazała się para starszych, dostojnych ludzi, którzy byli rodzicielami jej przyjaciół- Państwo Le Tertonn. 
- Dzień dobry!- odpowiedziała natychmiast
- Mamo! Tato! Wszędzie was szukałem!- Clode skierował do nich swe żale- Tak, mamo, to jest właśnie Marien- odrzekł po chwili, gdy jego mama zapytała go o coś na ucho- ... ale zdaje mi się, że ty od początku o tym wiedziałaś -mrugnął do starszej kobiety
- To może byś nas sobie przedstawił, kochanie?- zaproponowała
- Ach, racja... oczywiście.- odparł nieco speszony- Marien, oto moja mama: Giselle,a tatę Albertona już chyba znasz. Mamo, a to jest moja... 
-... przyjaciółka- dokończyła Mania- Marien Franque- dziewczyna uśmiechnęła się jak najszczerzej i podała rękę miłemu państwu- Bardzo się cieszę, że w końcu poznałam rodziców moich przyjaciół- dodała
- Jesteś niezwykle uprzejma. My z kolei czujemy się zaszczyceni, iż nasz syn w końcu odważył się przedstawić nam swoją... koleżankę.- skwitowała starsza pani
- Marysiu, może chciałabyś się czegoś napić?- zapytał nagle Clode
- Nie, nie...- odpowiedziała, ale po chwili, gdy zauważyła błagalny wyraz twarzy swojego partnera, od razu zrozumiała, że powinna zmienić zdanie, by jak najszybciej ulżyć koledze w niekomfortowej sytuacji, wynikającej z obecności jego rodziców- Chociaż... właściwie to tak. Chodźmy.- zakomenderowała, po czym   opuścili parę starszych ludzi i udali się do kuchni, gdzie ciągle krzątała się Anabelle wraz z gosposią. 
- A wy, co tutaj robicie?- zainteresowała się obecnością nowo przybyłych
- Czyżby Clode chciał się ukryć przed rodzicami?- powiedziała z typową dla rodzeństwa drwiną
- Szukasz zaczepki, siostrzyczko?- zaśmiał się mężczyzna i podbiegł do kobiety, którą zaczął łaskotać- Błagaj o litość!- rozkazał 
- Dobra! Już dobrze! OK, OK!!! Odwołuję! Przestań, proszę!- krzyczała przez śmiech
Marianna przyglądała się bratersko-siostrzanym potyczkom i zazdrościła rodzeństwu możliwości ich odgrywania. Ona sama nigdy nie miała okazji z nikim się nawet posprzeczać...
- Oni tak zawsze. Mademoiselle, niech się przyzwyczai- ostrzegła ją starsza kobieta, gotująca zupę rybną. 
Marysia uśmiechnęła się do niej serdecznie i... oniemiała. Przez krótką chwilę wydawało jej się, że widzi w oknie twarz babci. Stała jakiś czas wyprostowana z rozdziawioną buzią i nie mogła wyjść z szoku. Potem ujrzała ją. Tak, to na pewno była Juliette. Na widocznych z kuchni schodach, prowadzących na górę zobaczyła tak dobrze znaną sobie sylwetkę ukochanej opiekunki. Podbiegła do tego miejsca, lecz szybko się otrząsnęła i zdała sobie sprawę, że to być może tylko jej wyobraźnia i potęgujące ją zmęczenie płatają jej figle. Nie zwracała wcześniej uwagi na zdziwionych jej zachowaniem towarzyszy, którzy lustrowali ją teraz wzrokiem, nie wiedząc, co się z nią dzieje. 
- Wszystko w porządku, złotko?- to gosposia pierwsza podeszła do Marysi
- Taaakk...- wyjąkała z trudem
- Marien? Dobrze się czujesz?- zainteresował się Clode
- Nie martwcie się. Wszystko jest OK.- starała się ich uspokoić, choć sama nie wyszła jeszcze z szoku
- Grzane wino. - powiedziała Anabelle, niosąc w ręku kieliszek ciepłego, czerwonego płynu i podając go siedzącej na schodach Mani.
- Jestem samochodem.- zaoponowała 
- Jesteś też na przyjęciu- odgryzła się przyjaciółka
- Ja cię odwiozę- rzucił Clode 
- Daj spokój. Musisz skorzystać z przyjęcia.- powiedziała zakłopotana Mania
- W takim razie odprowadzę cię. Samochodom nic się przecież nie stanie... to jak?
- Niech będzie.- zgodziła się, przejmując od blondynki grzane wino i rozkoszując się jego smakiem, który podziałał na nią uspokajająco.
- No. To teraz weź ją stąd i idźcie do gości się zabawić, a ja za chwilę do was dołączę. Tylko Patrique musi załatwić jeszcze jedną rzecz i zaraz przyjdziemy. 
Clode pomógł podnieść się Marysi ze schodów i ruszyli w kierunku zapełnionego ludźmi tarasu. 
Pół godziny później na przyjęcie przybył major wraz ze swoim przyjacielem André i jego rodziną. Wszyscy skierowali swe ciekawskie spojrzenia ku brunetowi. Le Tertonn'owie pierwsi zapytali go o stan zdrowia jego matki. Mężczyzna z łatwością zbywał zainteresowanych. Ten kieliszek whisky, który trzymał w dłoni wpływał na obraz jego dostojeństwa, a brakowało mu tylko cygara w ustach. Śmiał się dosyć głośno, po czym wnioskować można było, iż sytuacja z jego rodzicielką unormowała się. "Należy mu się odrobina odpoczynku. Tyle ostatnio przeżył"- rozmawiali między sobą mieszkańcy wyspy. Wkrótce po jego przybyciu pojawił się również doktor,a także Jean z Carmelle. Marianna przyglądał się temu sielskiemu obrazkowi, starając się jak najbardziej oddalić od siebie wspomnienie niedawnego, poniekąd dziwacznego, spotkania z babcią. "Muszę odpocząć"- pomyślała. Przeprosiła Clode'a i udała się do łazienki. W długim korytarzu, który teraz przemierzała, słychać było głosy, dywagujących starszych panów, a prowadzona przez nich konwersacja skupiała się wokół jakichś prastarych legend, znanych Mani z opowiadań Juliette. Kobieta zapukała kilka razy do drzwi łazienki i wobec braku odzewu weszła do środka przestronnego pomieszczenia. Odkręciła kran i zaczęła bardzo dokładnie myć ręce, a następnie kilkakrotnie wytarła je ręcznikiem. Spojrzała w lustro i niespodziewanie znowu jej oczom ukazała się postać babci. Tym razem nie znikała, a Marysia bała się odwrócić, by nie stracić tego kontaktu. Zamknęła oczy, ale usłuszała aksamitny, kobiecy głos...
- Nie uciekniesz przede mną, skarbie. Ja tu naprawdę jestem. Nie bój się. Odwróć głowę. Obiecuję ci, że nie zniknę.
Mania machinalnie i bardzo ostrożnie zaczęła odchylać głowę w przeciwną stronę. Tak, babcia nadal tam stała. Jak żywa. Marianna podeszła bliżej, by móc ją dotknąć. Kiedy okazało się, że jest w stanie to zrobić, starsza kobieta przyciągnęła dziewczynę do siebie i mocno ją przytuliła. 
- Kochanie, musisz stąd natychmiast wyjść. Proszę cię. O nic nie pytaj. Nie wolno mi tego powiedzieć. Niech Clode cię odprowadzi. Wśród tych ludzi jest ktoś, kto... będzie miał ogromny wpływ na twoją przyszłość. Idź!- krzyknęła na pożegnanie babcia, po tym jak usłyszały dobijanie się do drzwi toalety
- Już, już!- odpowiedziała Marysia i wyszła z powrotem na korytarz.
Okazało się, że to właśnie Clode niepokoił się o nią.
- Z kim ty tam rozmawiałaś?- zapytał lekko... niedysponowany i zachwiał się
- Ze sobą. Czasem tak mam. Clode, ja muszę już iść. Nie musisz mnie odprowadzać- dodała
- Ależ ja nalegam!- powiedział, chwytając ją mocno za ramię i nie zdając sobie nawet sprawy z własnej siły 
- Hej, hej, hej, hej! Clode!- przywrócił go do porządku Antoine, odciągając mężczyznę- Tak, pójdziemy na górę. Położysz się i wszystko będzie dobrze. 
Za chwilę dołączył do niego Patrique, który najpierw oczywiście zrugał szwagra za nieodpowiedzialność i brak kultury oraz nieumiejętność właściwego postępowania wobec kobiety. We dwóch odprowadzili towarzysza Marysi do jego pokoju, gdzie szybko zasnął. Niedługo po tym zeszli obaj. Major zaproponował, że odprowadzi kobietę, która zdecydowała się przyjąć jego ofertę. Po pożegnaniu się ze wszystkimi gośćmi oraz wysłuchaniu tysiąca przeprosin, wypływających z ust członków rodziny Clode'a oraz pocieszaniu ich i wyjaśnianiu im, że tak naprawdę, to nic się przecież nie stało, a błądzić jest rzeczą ludzką, ruszyli w stronę portu. 
   Po przebyciu jakichś trzystu metrów major zaczął rozmowę, na którą w głębi duszy Marianna liczyła. 
- Mam nadzieję, że wybaczy pani Clode'owi ten występek. To nie w jego stylu.- tłumaczył podwładnego
- Oczywiście. Bez problemu.
- W sumie to pani wina...- wypalił major
- Przepraszam? Nie bardzo rozumiem....- wydukała zdezorientowana
- Chciał zrobić na pani wrażenie, zestresował się i... takie są skutki.- zażartował
- Hm. Widzę, że humor dziś panu dopisuje. To dobrze. Mężczyźni najlepiej wyglądają przystrojeni właśnie w uśmiech. 
- Czyżby to był komplement?
- Może... A jak pańska mama?
- Dziękuję. Już znacznie lepiej. Wybudziła się ze śpiączki. Na całe szczęście. 
- To wspaniale!- wykrzyknęła rozradowana kobieta- Tylko wie pan, że nie można jej zbytnio zamęczać pytaniami. - powiadomiła go
- Pani lekarska natura nigdy nie śpi. Tak jak i moja policyjna. To ma wpływ na nasze życie. Praca. Tak wiele nam daje, ale i...
-... odbiera. - dokończyła
- Dokładnie. Dobrze wiedzieć, że jest na świecie ktoś, kto potrafi nas zrozumieć. 
- Jeśli czyjeś życie jest, jakby to ująć... skomplikowane, to owszem, warto mieć bratnią duszę. Wtedy człowiek nie czuje się aż taki samotny. 
- Dwie samotne osoby są mniej samotne niż jedna.- skwitował
- Zgadza się. 
- Może mi nie wypada, ale... czy zechciałaby pani zwracać się do mnie per "Ty"?- zaproponował
- Z przyjemnością, ale obustronnie. 
- To jasne. A jak ci się tu podoba?- zapytał
- Hmmm.... Tutaj jest cudownie, inaczej niż u mnie. Kiedy biegam lub po prostu spaceruję, to mam takie uczucie, które pozwala mi zapomnieć o wszelkich problemach, oderwać się od kłopotów... 
- Nie wyglądasz na osobę, która ma jakieś trudności.- zauważył
- Każdy z nas ma, prawda? Mniejsze, większe, ale zawsze.... no i czasem urojone. - powiedziała pod nosem
- Słucham?
- Nic, nic... Po prostu jestem bardzo zmęczona. Musze odpocząć.
Szli tak jeszcze przez pewien czas. Słońce zaczęło kryć się za chmurami. Wreszcie dotarli na miejsce. Marysia wyjęła z torebki kluczyki i otworzył drzwi. Nagle zaczął padać deszcz, który tworzył niezwykły pejzaż na tle zachodzącego słońca. Marianna postanowiła zaprosić mężczyznę do środka, aby nie musiał moknąć na zewnątrz. 
Zaparzyła herbatę i podała ciasto, które jedli, rozmawiając na różne tematy. Często zagłębiali się nawet w te filozoficzne, a oddając się już dłuższy czas refleksjom, przysnęli: Marysia na kanapie, a major na fotelu. Kobieta przebudziła się w nocy i o dziwo nie czuła jakiegoś wewnętrznego zniechęcenia do znajdującego się nieopodal mężczyzny, ale wszechobecna pustka, która zawsze jej towarzyszyła.... zniknęła. Zakryła Antoine'a kocem, a sama poszła na górę, gdzie zdążyła tylko wziąć prysznic i paść na swoje ogromne i wygodne łóżko. 
Dzięki konwersacji z majorem zdołała zapomnieć o dzisiejszych wydarzeniach. To on sprawił, że zostawiła wszelkie kłopoty za sobą. Na szczęście babcia pojawiła się w jej śnie, gdzie kobieta zdołała zadać jej pytania o różne rzeczy. Czy uzyskała odpowiedzi? 
...

sobota, 3 września 2011

Nowe przyjaźnie, nowe zmartwienia...

"Są ludzie, którym szczęście mignie tylko na moment, na moment tylko się ukaże po to tylko, by uczynić życie tym smutniejsze i okrutniejsze."
— Stanisław Dygat   

   Marianna wstała o piątej i od razu wyłączyła budzik, by nie robić już tego później. Miała jeszcze sporo czasu do przyjazdu Jean’a. Postanowiła więc trochę posprzątać w domu. Znalazła odkurzacz w szafie pod schodami i zaczęła doprowadzać wszystko do porządku. Kiedy skończyła, było już w pół do szóstej. Wzięła prysznic i założyła dresy. Usiadła na krześle za kuchennym stolikiem i dopiła przygotowaną wcześniej kawę. Nie była głodna, ale mimo to zjadła miskę płatków zbożowych. Nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Pomyślała, że dobrze by jej zrobił krótki spacer połączony z joggingiem.
   Zamknęła drzwi na klucz i pobiegła w stronę plaży. Zrobiła sobie kok, by włosy nie przeszkadzały jej w ćwiczeniach. Szare rybaczki, czarna koszulka i bluza, tworzyły bardzo wygodny zestaw dresów. Mania zdjęła długi rękaw i przewiązała ubranie wokół bioder, by móc poczuć się nieco swobodniej. Biegła brzegiem morza w swoich białych adidasach, które lekko zmoczyły się pod wpływem fali. Mijała pobliskie domy (biegła w przeciwnym kierunku niż wzdłuż portu) i podziwiała krajobraz. W uszach miała włożone słuchawki, które podłączone były do iPod’a przyczepionego do specjalnego paska na ramieniu Marianny.
   Dziewczyna zatrzymała się na chwilę i zwróciła w kierunku morza, by się porozciągać. Ktoś stał za nią. Wywnioskowała to po czyimś oddechu, który czuła na swoich plecach. Udawała przez moment obojętną, a za chwilę zamachnęła się, by wycelować nogą w głowę tajemniczego przybysza. Ten jednak złapał ją za kolano i zatrzymał uderzenie. Mania stała jak wryta.
- Co pani wyrabia?- zapytał mężczyzna 
- To pan?! Przepraszam, majorze. Myślałam, że to…- wyjąkała Marysia
- Marien, a miałem nadzieję, że nie ma pani tak złej opinii o tutejszych mieszkańcach- powiedział
- Oczywiście, że nie, ale jestem trochę przeczulona na punkcie bezpieczeństwa… czasem.- dodała
- Aha. Cóż, to dobrze, że pani o to dba.- skomentował Antoine
- Proszę mi wybaczyć.- przeprosiła jeszcze raz
- Nic nie szkodzi.- odparł - Teraz to ja przepraszam, ale muszę już iść. Chciałem tylko się przywitać i sprawdzić czy wszystko w porządku. Jak widać, nie ma się o co martwić- powiedział, gdy zobaczył swojego podwładnego- Clode!- krzyknął do zbliżającego się do nich mężczyzny, który najwyraźniej także postawił na poranny jogging- Do widzenia!- rzekłszy to oddalił się w stronę policjanta
- Do widzenia!- odpowiedziała Marianna, obserwując dwoje rozmawiających ze sobą ludzi.
Clode tłumaczył coś majorowi, który się wściekł i wyjął z kieszeni telefon komórkowy, by po chwili móc gdzieś zadzwonić. I już go nie było. Biegł teraz coraz szybciej, oddalając się od Mani. 
- Dzień dobry!- krzyknął z oddali policjant
- Dzień dobry!- odparła Marysia, gdy ten zbliżył się do niej- Clode, jak mniemam- zagadnęła 
- Tak, Marien. Mogę się tak do pani zwracać?- zapytał
- Oczywiście. Czy coś się stało?- Mania zainteresowała się reakcją majora
- Problemy osobiste.- skwitował- Czy mógłbym towarzyszyć ci przy spacerze?- zapytał nieśmiało
- Będzie mi bardzo miło.
- Słyszałem, że masz zamiar kupić dziś samochód na kontynencie? Znam się na tym...- dodał już mniej speszony
- Czyżby był to wstęp do niezobowiązującej koleżeńskiej pomocy przy wyborze auta?- zgadywała dziewczyna 
- No, jasne! A ty oprócz innych talentów, jesteś także jasnowidzem?- zażartował
- Coś w tym guście. - odrzekła z uśmiechem
- To jak? Spotykamy się już na promie o czternastej? A jakieś pół godziny później wyruszylibyśmy w poszukiwaniach odlotowej, kobiecej marki...
- OK. Tylko... pod warunkiem, że twoja siostra nadal będzie jedną z trzech muszkieterów.- powiedziała Marysia
- Nie musisz się mnie bać. Ja nie gryzę. No, ale rozumiem. Sama z takim przystojniakiem. - znowu sprawił, że Marianna się śmiała
   Odprowadził ją pod drzwi i pożegnał. Dziewczyna wzięła szybki prysznic i przebrała się w odpowiedni kostium. Gdy usłyszała dzwonek do drzwi, natychmiast zbiegła na dół i wsiadła do samochodu. Jean był dzisiaj w jeszcze lepszym nastroju niż poprzednio. Marysię zaciekawiła ta radość, więc postanowiła się dowiedzieć, o co chodzi. Szofer wyjaśnił jej, że wraz z narzeczoną ustalili datę ślubu na za trzy miesiące. Ten dość odległy termin miał być okresem próby dla kochanków. Mania pogratulowała Jean'owi i postanowiła zrobić to powtórnie, tyle że tym razem powinszowania miały być zwrócone w stronę Carmelle. 
Dotarli do klinki, a Marianna wyskoczyła z samochodu jak z procy. Poszła prosto do recepcjonistki, która kończyła rozmawiać przez telefon. Kiedy odłożyła słuchawkę, Marysia rzuciła jej się na szyję, krzycząc:
- Jeszcze raz gratuluję! I wszystkiego najlepszego!
- Dziękuję, kochana!- odparła Carmelle mocno ściskając dziewczynę
- No... to ja polecę się przygotować do pracy.- powiedziała zadowolona Marianna 
Weszła do gabinetu i tradycyjnie włożyła lekarski strój. Wzięła do ręki stetoskop i dała znać recepcjonistce, że może już wpuszczać do niej pacjentów. Pierwszym z nich był starszy mężczyzna o szarych oczach i siwej brodzie, który głośno kaszlał. Okazało się, że ma zapalenie oskrzeli, więc Marysia wypisała mu antybiotyk. Kiedy skończyła już badać czwartego klienta, do jej gabinetu wparowała Carmelle.
- Mamy tu pracoholika! Hej, pracusiu! Chodź na kawę. Wyglądasz okropnie... znaczy, bez urazy- dodała po swoim krótkim wywodzie
- Dziękuję. Chętnie napiję się z tobą kawy. - odpowiedziała Mania, po czym wstała z krzesła i poszła za Carmelle do pomieszczenia dla pracowników, w którym dywagowały poprzednio. 
- Trzy łyżeczki cukru i dużo śmietanki.- powiedziała dziewczyna, która zdążyła już zapamiętać sposób picia ciemnego napoju przez Marysię
- Dokładnie. - potwierdziła lekarka
Kobiety usiadły za stolikiem na wygodnych barowych krzesełkach z oparciem i rozpoczęły konwersację.
- Marien? Wyglądasz mi na kogoś, kto nie jest do końca szczęśliwy? Coś cię zasmuciło?- zainteresowała się Carmelle
- Nie, nie... absolutnie! Ja jestem naprawdę niesamowicie szczęśliwą i radosną osobą, uwierz mi...- odparła Mania
- Tak, na pewno. Hmmm... a moja siostra to już się nie może doczekać, aż zostanie moją świadkową. Jean wybrał Clode'a. Wiesz, to najlepsi przyjaciele. Od dzieciństwa się nie rozstają. My z Jean'em zaczęliśmy być ze sobą w liceum, ale poznaliśmy się już dużo wcześniej. Zresztą, tu każdy każdego zna. - mówiła recepcjonistka
- To znaczy, że wszyscy jesteśmy w tym samym wieku.- wtrąciła Marianna
- O, a co on tu robi?- Carmelle zaciekawił widok Antoina Sercuise, wychodzącego z jednego ze szpitalnych skrzydeł. Był wyraźnie podenerwowany i krzyczał coś przez telefon. Z trzaskiem drzwi wsiadł do swojego samochodu i odjechał z piskiem opon.- Ciekawe, co się stało? Cóż, zaraz się dowiemy- powiedziała, kiedy zauważyła nadchodzącą kobietę- To siostra oddziałowa, Caroline Vegette. 
- Dzień dobry.- wydukała niska, niezbyt chuda kobieta o brązowych oczach i w koku na głowie.
- Dzień dobry!- odpowiedziały dziewczyny, kierując się do recepcji.
- Ktoś potrącił matkę naszego majora. Jest strasznie zdenerwowany i postawił na nogi cały komisariat w poszukiwaniu sprawcy wypadku.- poinformowała je - Chciałam was tylko uprzedzić, że my również musimy być na wszystko gotowi, ponieważ Amelie zapadła w śpiączkę. 
- O mój Boże...- wydusiła Marysia
- O matko...- zawtórowała jej Carmelle
Pielęgniarka odeszła, lecz ten lęk, który dało się wyczytać z jej oczu pozostał. Dziewczyny milczały przez chwilę.
- Tego człowieka spotykają same nieszczęścia...- skomentowała Marianna
- To ty wiesz? No, racja... jak mogłabyś nie wiedzieć. Zgadzam się z tobą. Nad nimi krąży jakieś fatum.
- Przepraszam - zwróciła się do nich młoda kobieta
- Tak? Pani była umówiona?- zapytała Carmelle
- Właśnie. Miałam tu przyjść na dwunastą razem z synkiem.- odrzekła 
- Pani Marguerite Deneuve z małym Sergem?- zgadła- A jak się miewa mąż?
- Dziękuję, już dużo lepiej. To co? Możemy wejść?
- Oczywiście. Zapraszam- tym razem to Marianna się do nich zwróciła i zaprowadziła pacjentów do gabinetu.
Usiadła za biurkiem i poprosiła, by oni także to uczynili.
- Co my tu mamy? Serge.... - odczytywała kartę- No, dobrze. Proszę mi powiedzieć, co się dzieje?
- Mały nie może spać. Skarży się na ból w klatce piersiowej. Mój mąż od dziecka choruje na serce. Tak się boję, pani doktor.- powiedziała zmartwiona kobieta
- Proszę się teraz niczym nie frasować. Serge, usiądź kochanie na tamtym łóżku.- poprosiła lekarka, a dziecko natychmiast spełniło jej wolę. Podeszła do niego i zaczęła go uważne badać. Po jakiejś chwili wróciła na miejsce i zapisywała coś na kartce.
- Pani doktor, coś się stało? Co dolega mojemu synkowi?- dopytywała się kobieta
- Cóż... mnie nie wolno wydawać takiej opinii, dlatego dam pani skierowanie do tutejszego kardiologa, a on z kolei przekaże pani zestaw badań do wykonania.
- Nie rozumiem. Przecież podobno pani zna się także na tym, więc...
- Nie mam prawa wydawać żadnych opinii w sprawie pani syna. Owszem, znam się na tym, ale bardzo proszę na razie się nie martwić. Musi jednak pani być czujna i jeszcze dziś udać się do tego lekarza.- odparła Marysia
- Bardzo pani dziękuję. - powiedziała Marguerite, wychodząc 
- Zaraz wykonam telefon do doktora York'a Cahnnel'a. Niech idzie pani prosto do niego. To będzie w tamtym skrzydle- powiedziała, wskazując palcem miejsce, w którym mieścił się gabinet owego lekarza. 
Marysia pożegnała kobietę i jej synka. Od razu zadzwoniła do doktora, który zgodził się przyjąć jej pacjentów. Mariannie spadł kamień z serca. Zważywszy na zbliżającą się godzinę trzynastą, Mania zdjęła z siebie medyczny fartuch i zmieniła obuwie. Przed wyjściem do portu pożegnała się jeszcze z Carmelle. 
Wyjaśniła Jean'owi, że to już koniec ich współpracy, ale bardzo się cieszy, że się z nim zakolegowała. Postanowiła przejść się pieszo na prom, gdzie miał czekać na nią Clode i jego siostra. Nie spieszyła się, wiedząc, że ma jeszcze sporo czasu. Po drodze wstąpiła do sklepu i kupiła wodę do picia, którą włożyła do swojej torby. Po raz kolejny zerknęła na zegarek. Było w pół do drugiej, a ona właśnie docierała na miejsce. Z daleka zauważyła machającego do niej Clode'a. Podbiegła do niech lekkim truchcikiem.
- Cześć!- przywitał się policjant
- Witajcie, kochani!- odpowiedziała Marianna
- Wszystko w porządku? Wyglądasz na zmartwioną.- zwróciła się do niej Anabelle
- Wszystko ok. Nie przejmuj się. Ja tak po prostu czasem mam.- odpowiedziała Marysia
- Nie wydaje mi się, ale cóż... Wchodźmy na pokład.- zakomenderowała Anabelle, kiedy usłyszeli sygnał, dający znak, że statek już odpływał
   Usiedli pośrodku na wygodnych fotelach. Marianna wyczuła na sobie wzrok jednego z towarzyszy. To Clode przyglądał jej się z zainteresowaniem większym niż poprzednio. Badał każdy szczegół na jej nieskazitelnej twarzyczce niczym u greckiej bogini i napawał się tym widokiem przez krótką chwilę, dopóki Marysia nie przyłapała go na gorącym uczynku.
- Przepraszam, ale czy coś się stało? - zapytała go od razu
- Nie, nie...- odpowiedział zmieszany, ukrywając przed nią zarumienione policzki i dodał w myślach: "Poza tym, że jesteś nieziemsko oszałamiająca". 
Mania nie zdawała sobie sprawy z potencjału, kryjącego się w jej urodzie. Co prawda, zawsze słyszała jakieś pochlebne komentarze na swój temat zarówno z ust kobiet, jak i mężczyzn, ale nie przywiązywała do tego zbyt wielkiej wagi. 
   Po pewnym czasie dotarli na miejsce. Wszyscy wyszli na ląd, łącznie ze starym Alberton'em Le Tertonnem, który nie omieszkał porozmawiać z dwójką swoich dzieci i nową lekarką. Po tej konwersacji udali się do dilera samochodowego, by wybrać później odpowiedni samochód. 
- Myślę, że ten jeep będzie odpowiedni - rzucił Clode
- Raczej wątpię. Panienka jest taka drobniutka...- odrzekł diler
- Może ten!- krzyknęła Marysia, patrząc w stronę lekko używanego Smarta Fortwo za osiem tysięcy euro. Tak naprawdę mogła wydać trochę więcej, bo dostała dziesięć tysięcy zaliczki.
- Czemu nie? Będzie dla ciebie idealny!- skomentowała Anabelle
Starszy mężczyzna wręczył Marysi kluczyki do czarnego Smarta tuż po podpisaniu umowy. Następnie Mania wjechała samochodem na prom i po upływie pół godziny byli już z powrotem na wyspie. Wrócili około szesnastej piętnaście. 
- To co? Może jakaś mała kawka?- zaproponował Clode
- Wiecie co? Ja, niestety, muszę wracać do swoich dzieci i męża, ale wy dwoje możecie iść do kawiarni- rzuciła Anabelle
Marianna nie zdążyła nawet się wymigać, kiedy kobieta pospiesznie pożegnała się z nimi i ruszyła swoim autem do willi. Clode i Marysia pojechali Smartem do jedynej kawiarni na wyspie. Żandarm zostawił swój samochód przy komisariacie, gdzie Mania miała go odwieźć na nocny dyżur. Budynek, w którym znajdowało się owo miejsce i do którego zmierzali, właściwie ulokowane było właśnie w porcie, ale Marianna po prostu była przezorna i wolała nie zostawiać dopiero co nabytego auta bez nadzoru. 
   Popołudniowe słońce muskało lekko twarze ludzi, znajdujących się w gościńcu o dość chwytliwej nazwie " Le livre" (ozn. książkę), gdzie rzeczywiście można było sobie poczytać ze względu na bogaty księgozbiór oraz tzw. cichy zakątek świetnie się do tego nadający. Każdy wpatrywał się w nowo przybyłych, którzy z naturalną sobie pogodą ducha rozmawiali, uśmiechając się do innych tam obecnych. Kiedy do kafejki wszedł wysoki i przystojny blondyn, natychmiast rozległy się salwy powitalne. Okazało się, że to tutejszy marynarz, André de Goutte. Mężczyzna wygrał właśnie jedno ze swoich licznych turnusów, co tłumaczyło te okrzyki. 
- André! Stary, gratuluję! Wszyscy jesteśmy z ciebie niezwykle dumni.- powiedział Clode, podchodząc do dawnego kolegi.
Blondyn na nikogo jednak nie zwracał uwagi, szukając tylko utęsknionym wzrokiem ukochanej kobiety. Właścicielka kawiarni podbiegła do swojego męża, całując go czule w czoło, jak zwykła robić zawsze, gdy wracał  z daleka. Po pewnym czasie, tuż za kobietą, przyleciały jego dzieci, siedemnastoletnia Olivia i dziesięcioletni Romeo. Ten widok zapierał dech w piersiach i wzruszał do głębi. Łzy ciekły po policzkach żony i córki marynarza. Ten niecodzienny obrazek, składający się na wtuloną w siebie rodzinę, był teraz dostępny dla wszystkich. Nagle ludzie zaczęli bić brawa, a Catherine (właścicielka kafejki) przyniosła mężowi duży kufel piwa. Wszyscy wytężyli słuch, kiedy wilk morski zaczynał swoją opowieść. Jak to nakazywała tradycja, zasiedli wszyscy w koło i razem pili na cześć mężczyzny, który sprytnie krył zmęczenie. Tego wieczora Marianna zaprzyjaźniła się z jego żoną, jak też z nim samym, choć była między nimi różnica dziesięciu lat. Tylko Clode nie mógł pozwolić sobie nawet na dozę alkoholu. Do budynku napływały nowe rzesze ludzi. Uwieńczeniem opowieści stała się historyjka miłosna państwa de Goutte. 
- Otóż, kiedy po raz pierwszy poszedłem do liceum...- zaczął marynarz- Tak, tak. To był mój pierwszy dzień szkoły. Jak wiecie, udało mi się ją skończyć, choć przyznaję, że mnie to także dziwi. Ale, wracając... Cóż... znałem Cathy (tak mężczyzna zwracał się do ukochanej) od małego, ale dopiero w liceum (owa szkoła oraz inne instytucje <<w tym również salon samochodowy i komis, gdzie była Marysia>> znajdowały się w najbliższej miejscowości, do której można było trafić, wypłynąwszy z wyspy, czyli miasteczko Coretton), gdy trafiliśmy do tej samej klasy i jak wiadomo byliśmy dla siebie jedynymi znanymi tam dzieciakami, bo pozostali to miejscowi no i przyjezdni z jeszcze innych części kraju, to wtedy zobaczyłem w niej kobietę, z którą mógłbym iść przez resztę życia. Jak ja się o tę smarkulę starałem. Była bardzo nieprzystępna. Wysyłałem do niej liściki miłosne, prezenty. Sam chodziłem pod jej dom i wrzucałem te podarunki do skrzynki pocztowej lub zostawiałem pod drzwiami  z odpowiednio zaadresowaną karteczką. Po pół roku, rozumiecie? Po pół roku poszliśmy na pierwszą randkę. Ale, ale, ale... byliśmy grzeczni. To najbardziej przyzwoita istota na świecie i za to między innymi ją kocham! Kocham cię! - powtórzył raz jeszcze, zwracając się do żony i dając jej buziaka w policzek (wiedział, że żona jest zbyt wstydliwa i natychmiast oblewa się rumieńcem, gdy ten całuje ją publicznie)
Za chwilę podniósł opartego o swoje kolana małego złotowłosego chłopca o delikatnych rysach twarzy, tak bardzo podobnego do ojca. Jeszcze niedawno synek słuchał jego opowieści z wielkim zapałem i widocznym szacunkiem oraz podziwem dla ojca- marynarza, z którego pragnął wziąć przykład i ziścić swoje marzenie bycia takim jak André. Teraz dziecko spało smacznie wtulone w ciało taty i lekko opadającego na ramię starszej siostry, znajdującej się tuż obok. Olivia wdała się w matkę. Tylko zieleń oczu odziedziczyła po ojcu, który kochał dziewczynę nad życie i nie dopuszczał myśli o wydaniu ją za mąż za  jakiegokolwiek niewiernego, jak mu się zdawało, faceta. Mała kobietka była nieco wyższa od swojej rodzicielki, ale wciąż nie doganiała wzrostem ojca. Długi, ciemny warkocz, który zawsze plotła jej Cathy, swobodnie ślizgał się po ciele dziewczyny. Jej szczupła sylwetka stała teraz przy starszej od niej kobiecie. Catherine uściskała córkę. Sama była krótko ostrzyżoną brunetką (nawet jej mąż nosił swoje włosy lekko zapuszczone) o niebieskich oczach, które miał po niej syn. Nie była chuda ani też zbyt otyła. Kobiece krągłości podobały się André, tak bardzo zazdrosnemu o ukochaną.  
Wkrótce cała rodzina pożegnała się z gośćmi i udała się na górę, gdzie miała swoje mieszkanie. Teraz, nad kawiarnią czteroosobowa familia cieszyła się swoją obecnością i odpoczywała. Na dole została kelnerka z barmanem, którym Catherine dała wcześniej dokładne wskazówki. 
   Marysia rozmawiała jeszcze przez krótką chwilę z Clodem, coraz lepiej poznając żandarma. Cieszyła się z tego, że mogła znaleźć w nim przyjaciela. Niedługo wyszli z kafejki i kiedy zegar wybił za kwadrans dwudziesta, pospiesznie wsiedli do Smarta Mani, która odwoziła Clode'a na komisariat. 
- O, dziękuję! Będę przed czasem.Jednak major mnie nie zbije. Nie dziś.- zażartował, gdy Marianna zaciągała właśnie hamulec ręczny. 
- Czy on... na serio jest takim tyranem?- zainteresowała się
- Na takiego wygląda. Wiesz, nie znam go dobrze. Mało kogo dopuszcza do siebie i swoich tajemnic. Ma jednego kumpla. Najlepszego druha. To właśnie André jest tym "szczęściarzem"- powiedział sarkastycznie Clode
- Wygląda mi raczej na człowieka przytłoczonego życiem. Zresztą, nie dziwię mu się. - dodała ze współczuciem w głosie
- Tylko nigdy mu tego nie mów- ostrzegł policjant- ... że jest ci go szkoda. On tego nie znosi.- wyjaśnił z uśmiechem na twarzy, kiedy Mania zrobiła zagubioną minę - Dziękuję ci- powiedział i schylił się, aby dać jej całusa w policzek.
Marysi nie udało się uniknąć tego zdarzenia. Zdawało się, że zgromi go swoim spojrzeniem, ale natychmiast przywołała się do porządku i wytłumaczyła koledze, że to nie jest najlepszy moment na tego typu pożegnania. "To za wcześnie"- pomyślała. 
Całe zajście w małym samochodziku Marianny widział major. Zauważył, że piękna kobieta nie jest zachwycona postępowaniem jego podwładnego i miał ochotę go za to zganić. Był również mile zaskoczony jej zachowaniem które przyniosło mu ulgę. Sam stał w oknie posterunku policji i oglądał zachodzące słońce, trzymając kubek kawy w ręku. Potrzebował kofeiny, by przetrwać tę noc także ze względu na swoją matkę. 
   Tymczasem Marianna wróciła do swojego mieszkania. Szybko wspięła się na górę, uprzednio zamknąwszy się od środka. Zrelaksowała się w kąpieli, a następnie przebrała w świeżą piżamę. Kiedy chciała wrócić do łazienki, aby umyć zęby, właśnie zaczął dzwonić jej telefon komórkowy, który leżał na szafce nocnej. Nacisnęła zieloną słuchawkę i rozpoczęła rozmowę.
- Cześć, tato!- przywitała go głośno
- Och, córeczko.... dlaczego tak długo nie odbierasz. My tu z ciotką umieramy ze strachu o ciebie...- zaczął ojciec Marianny- ... i podaj mi wreszcie ten numer na stacjonarny
- Tatusiu, dzwonicie do mnie po kilka razy dziennie, a ja zdaję wam ze wszystkiego relację. Wiesz, ile będzie wynosił rachunek?- zrugała Krzysztofa- No, dobrze, więc: 900873641
- Oj tam! Przecież jest ten reming...
- Roaming- poprawiła tatę- ... ale taniej będzie korzystać ze skype'a. Cezary wie, jak się tym posługiwać. Nauczy was.- powiedziała córka
- Może masz rację. Poczekaj, włączę na głośnomówiący.- odrzekł Franek
Dziewczyna rozmawiała z nimi przez czterdzieści pięć minut. Wreszcie mogła iść wyszorować zęby. Wykonując okrężne ruchy szczoteczką, czyszczącą jej jamę ustną, przyglądała się sobie w lustrze. "Co on może w tobie widzieć, kobieto?!"- zastanawiała się Marysia, przypominając sobie serię spojrzeń młodego żandarma. W końcu położyła się do łóżka i przykryła się miękką kołdrą, przybierając pozycję embrionalną. Czy znowu ujrzy swą babcię? Szczerze, to na to liczyła.
...


   
   

czwartek, 25 sierpnia 2011

Proroczy sen i skomplikowane relacje międzyludzkie?!

"Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los."
— Paulo Coelho
Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam..



"Każdy sen, ten czarowny i piękny, zbyt długo śniony zamienia się w koszmar. A z takiego budzimy się z krzykiem."
— Andrzej Sapkowski Wieża Jaskółki


   Marysia  płynęła, przebijając się przez ogromne fale, które całkowicie ją zalewały. Z trudnością łapała powietrze w płuca. Ląd był daleko. Była pewna, że zaraz utonie. Nagle, pojawiła się jasna postać, która wyciągnęła dłoń, by pomóc dziewczynie. Kilka chwil później Mania znajdowała się w swoim pokoju. Zastanawiała się, kto ją uratował. Otarła załzawione oczy i ujrzała kogoś, za kim tak bardzo tęskniła. Od starszej kobiety biła oślepiająca poświata, która natychmiast zniknęła.
- Babcia...- wydusiła zszokowana Marianna
- Moja Marien! - rzekła czule Juliette, zwracając się do wnuczki dawnym zwyczajem
- Moja grand-maman!- powiedziała Marysia. Wstała z łóżka, na którym wcześniej siedziała i podeszła bliżej kobiety, by mocno ją uściskać.
- Tak bardzo cię kocham...- szepnęła Juliette
- Nawet nie wiesz, jak mi ciebie brakuje!- odparła Marianna- Czy to sen?- zapytała
- Tak. Ty śnisz, skarbie. Odwiedziłam cię, ponieważ musisz coś dla nas zrobić. Dla mnie i dla siebie samej również. Widzisz, ma belle princesse... duchy zmarłych zostają na ziemi, jeżeli mają jakąś niedokończoną sprawę. - wyjaśniła, biorąc dziewczynę za rękę i prowadząc ją z powrotem w stronę łóżka, na którym obie usiadły. 
- A ty? Czy ty masz jakąś... misję, ma belle reine?- zainteresowała się Mania
- Tak. Właśnie tak. Dlatego też, muszę ci o czymś powiedzieć... dać wskazówki, jak dojść do prawdy. Mon amour, nastał czas, kiedy trzeba cię poprowadzić pewną drogą, dzięki której odnajdziesz klucz do wszelkich tajemnic. - Juliette drgnęła- Na mnie pora...- powiedziała, zaczesując wnuczce za ucho pukiel jej ciemnych loków.
- Babciu, poczekaj!- Marianna zatrzymała Juliette- Co ja mam robić?
- Poznać moją przeszłość.- odrzekła i zniknęła.
   Marianna obudziła się z krzykiem i spadła na podłogę, nie raniąc się jednak przy tym. Spojrzała na zegarek. Była piąta trzydzieści. Za pół godziny miał zadzwonić budzik. Postanowiła podnieść się z ziemi i pościelić łóżko. Wytrzepała białą kołdrę z muszelkowym  wzorem umieszczonym pośrodku materiałowego rąbu. Następnie szeroko otworzyła podwójne drzwi balkonowe i zaczerpnęła haust świeżego powietrza, jednocześnie podziwiając roztaczający się wokół niej krajobraz. Cały czas myślała o tym, co jej się przyśniło. 
   Otworzyła dużą niebieską szafę i wyjęła z niej parę czarnych rurek i białą koszulę. Poszła do łazienki, aby wykonać wszystkie poranne czynności. Kiedy wróciła, ubrała się w przygotowany wcześniej zestaw i uczesała włosy. Zeszła na dół. Zjadła śniadanie, do którego przyrządziła kawę z mlekiem i trzema łyżeczkami cukru. Piła bardzo powoli, wiedząc, że ma jeszcze dwadzieścia minut do przyjazdu samochodu służbowego. 
   Głowę zajętą miała rozmyśleniami, dotyczącymi jej snu. Dlaczego teraz? Od czego zacząć? Tyle pytań jej się nasuwało. Była z tym zupełnie sama. 
- To głupota! Czemu ja się w ogóle tym przejmuję?!- mówiła do siebie
Ktoś zapukał do jej drzwi. Podeszła, by je otworzyć.
- Bonjour, mademoiselle !- przywitał się młody kierowca
- Bonjour! Proszę chwileczkę zaczekać- powiedziała to, po czym zamieniła wygodne kapcie na czarne baleriny. 
Uśmiechnięty mężczyzna otworzył tylne drzwiczki granatowego mercedesa i zaprosił Mariannę do środka. Mania nie przystała jednak na jego sugestię i usiadła z przodu. Nie oponował, więc poczuła się dość komfortowo. 
- Nie będzie pani przeszkadzało radio?- zapytał
- Nie, skąd! Bardzo lubię słuchać porannych audycji.- odparła 
- Ja także! Proszę mi wybaczyć. Nie przedstawiłem się. Nazywam się Jean Coutres.- powiedział
- Nic nie szkodzi, a ja jestem...
- Wiem, kim pani jest. Marianne Franque. Bardzo się cieszę, że mogłem panią poznać.- dodał z miłym akcentem
- Och! Jaki pan uprzejmy! To dla mnie zaszczyt, że zechciał pan mnie wozić. Szczerze przyznaję, iż dużo pan ryzykuje.- zażartowała
- Mimo to nadal chętnie będę podejmował się tego zadania. - powiedział, zwracając się na chwilę w stronę pasażerki, by obdarzyć ją promiennym uśmiechem.
- Mam prośbę...- zaczęła
- Tak?
- Czy mógłby pan mówić mi po imieniu?- poprosiła
- Jeżeli właśnie tego sobie życzysz.- odrzekł
- Tak, Jean.- powiedziała
   Wreszcie dojechali do kliniki, która znajdowała się kilka kilometrów od portu. Marianna podziękowała kierowcy, a ten wręczył jej swój numer telefonu komórkowego, dodając, że jest do dyspozycji nowej lekarki. 
   Jean Coutres był niebieskookim, wysokim dżentelmenem o kasztanowych, krótkich włosach i smukłej sylwetce przyozdobionej pokaźną muskulaturą, Przebrany w strój kierowcy w czarnej czapce szofera wyglądał dość sympatycznie i wywoływał uśmiech na twarzy jego klientów. 
   Praktycznie wszyscy pracownicy szpitala byli wyjątkowo mili dla Mani. Natychmiast zaprowadzono ją do gabinetu, w którym miała przyjmować swoich pacjentów. Ściany pokryte były białą uniwersalną farbą, a podłoga wyłożona płytkami z terakoty. Przy oknie stało dębowe biurko. Tuż obok znajdowało się obrotowe krzesło, a dwa fotele dla przyjmowanych ludzi umieszczone były naprzeciwko miejsca dla lekarza. Oczywiście nie zabrakło regałów ze specjalistycznymi książkami i masą encyklopedii. Pomieszczenie ozdobione było obrazami i medycznymi plakatami. Pojawiło się również nowoczesne, podnoszone automatycznie łóżko dla pacjentów z typową kotarą. Poza tym można tam było znaleźć dwie umywalki, lustra, prywatną łazienkę (był tam także prysznic i wanna), trzy gablotki z lekarstwami oraz profesjonalnym sprzętem i innymi narzędziami. 
   Marysia podziękowała za wszystko. Rozpoczęła swoja pracę od nałożenia fartucha, do którego przyczepiony był jej identyfikator i zawiesiła na szyi stetoskop. Pierwszy pacjent pojawił się godzinę potem. Zbadała go dokładnie i wydała opinię o chorobie. Przepisywanie recept było dla niej już czymś naturalnym. Nie lubiła powszechnie panującego stereotypu lekarza, który jakoby pisze jak kura pazurem. Ona akurat zawsze była dobra z kaligrafii. 
   Klinika była dość dużą instytucją jak na tak małą wysepkę. W jednym z jej skrzydeł znajdowała się przychodnia, gdzie swój gabinet miała Marianna. Placówka składała się również z laboratorium, patologii, ostrego dyżuru, chirurgii itd. Marysia mogła pracować także jako chirurg, ale w tej profesji wyspa nie miała braków w przeciwieństwie do zatłoczonej przychodni. 
   Mania wyszła po paru godzinach ze swojego lokum i postanowiła zaprzyjaźnić się z załogą. Na początku podeszła do recepcjonistki, która szeroko się do niej uśmiechnęła. 
- Witaj, jestem Marien.- powiedziała Marianna
- Dzień dobry! Ja mam na imię Carmelle de Sozonne, co zresztą widać po etykietce.- odparła
- Mów mi po imieniu, proszę.- zasugerowała Marysia
- Dobrze, ale pod warunkiem, że ty również będziesz się do mnie tak zwracała- odrzekła Carmelle
- Niech, więc tak będzie. 
- Chcesz może kawy?- zaproponowała recepcjonistka
- Z miłą chęcią. Oczywiście ty pijesz ze mną.
- Jasne.- Carmelle poszła do niewielkiego pomieszczenia dla pracowników, gdzie każdy mógł się obsłużyć. - Chodź do mnie. Nie rozglądaj się tak. Nie masz już dziś żadnych pacjentów. Praktycznie możesz iść do domu...
- ... ale na wszelki wypadek muszę zostać. Wiesz, gdyby coś się stało, to będę na miejscu. Tu jest trochę inaczej niż w Polsce. Przede wszystkim tam lekarze tacy jak ja pracują do drugiej po południu lub od czternastej do wieczora. No, niby są tam jeszcze dyżury w szpitalach, ale... 
- Posłuchaj. U nas w klinice wystarczy, że powiesz szefowi: Nie mam już pacjentów. A on pozwala ci wyjść. I tak zarobisz więcej niż u siebie w kraju. Tam musisz brać te dyżury, żeby wyrównać naszą stawkę. Co prawda, tu trzeba czasem posiedzieć trochę dłużej, lecz i tak się bardziej opłaca. A po drugie, na takie wszelkie wypadki, to jest ostry dyżur, wiesz?- wyjaśniła Carmelle
- Masz rację. Jednakże, chciałabym zostać.- wytłumaczyła się Marianna
- Rozumiem. Siła przyzwyczajenia. Słyszałam, że potrafisz zajmować się też chirurgicznymi przypadkami? I studiowałaś kulturoznawstwo? Jakaś akademia dla wyjątkowo zdolnych?- zagadnęła po chwili recepcjonistka
- Wiesz, odbyłam staż w obu przypadkach. Nie sądzę, żebym była "wyjątkowo zdolna", po prostu zawsze dużo pracowałam.- odpowiedziała Marysia- U was, to wieści dosyć szybko się rozchodzą, co?- dodała
- To mała wysepka, składająca się na jedną miejscowość, więc...  A swoją drogą jestem zdumiona, bo musisz mieć jakiś talent, skoro tak dobrze sobie w życiu poradziłaś. - ciągnęła Carmelle
- Dziękuję. Z tego, co się orientuję, to jesteśmy w tym samym wieku-Carmelle potwierdziła potakującym ruchem głowy- Miło mieć rówieśniczkę w miejscu pracy. - powiedziała Marianna
Dziewczyny roześmiały się, a w tym samym momencie do pomieszczenia wszedł pewien mężczyzna. Kolejny wysoki i umięśniony facet na wyspie, a w dodatku niczego mu nie brakowało. Nieco siwe włosy przy uszach dodawały powagi. Dosyć bujne loki do ramion kojarzyły się Mani z wcześniej poznanym już majorem. Carmelle podniosła się z krzesła, a Mania poszła w jej ślady.
- Dzień dobry, szefie!- przywitała go recepcjonistka
- Dzień dobry, panu!- zawtórowała jej Marysia
- Witajcie! Tak patrzę, że nikogo nie ma w recepcji...- zauważył elegancki mężczyzna
- Tak. Proszę się nie martwić. Wszystko mam pod kontrolą. Telefon jest bezprzewodowy, także wzięłam go ze sobą, a drzwi są uchylone, więc namierzyłabym każdego potencjalnego przybysza.- wytłumaczyła się recepcjonistka
- ... ależ ja się nie gniewam. Macie prawo do odpoczynku. Pani to zapewne Marien?- zgadywał
- Tak, Marien Franque- przedstawiła się i wyciągnęła rękę w kierunku mężczyzny, który pocałował jej dłoń
- Cała przyjemność po mojej stronie, Arthur de Gautren. Zdaje się, że nie ma już pani żadnych pacjentów. Proszę iść do domu i wypocząć. Tubylcy potrafią byś męczący.
- Skądże znowu! To bardzo uroczy i interesujący ludzie. Wolałabym na razie się stąd nie ruszać, jeśli można?
- Tak ambitni i odpowiedzialni pracownicy są dla nas niezwykle przydatni i doceniani. Pewnie bardziej odpowiadałoby pani zajęcie się operacjami, niestety, mamy komplet, ale jeżeli coś się zmieni, to jest pani pierwsza w kolejce. - odrzekł przyjaźnie szef 
- Dziękuję. - odparła Marysia
- Ja już paniom nie przeszkadzam. Proszę wypić kawę i wracać do domu, to polecenie służbowe. Kierowca po panią przyjedzie. A właśnie, jak się sprawował?- zaciekawił się 
- To naprawdę miły człowiek. Jestem bardzo wdzięczna za wszystkie te łaski, jakie mnie tu spotkały z waszej strony. 
- Nie ma za co. Jestem szczęśliwy, iż mogłem pomóc. Do widzenia!- powiedział mężczyzna i odszedł.
- Do widzenia!- krzyknęły za nim dziewczyny
- Jaki uprzejmy.- pochwaliła Mania
- Prawda? Wszyscy go tu lubimy. Cieszę się, że tak pochlebnie wyraziłaś się o moim narzeczonym.- odrzekła Carmelle
- Słucham?- nie zrozumiała Marysia
- O Jean'ie Coutres'ie.- wyjaśniła recepcjonistka
- Gratuluję! - powinszowała jej Marianna
- Dzięki.
Wypiły kawę, a Mania zgodnie z poleceniem swojego nowego szefa wróciła służbowym autem do domu. Tym razem usiadła z tyłu, by móc spokojnie przeczytać dzisiejszą gazetę, którą miała od rana, lecz nie znalazła czasu, by się nią zająć. Podziękowała kierowcy i weszła do środka. Mieszkała na samym początku portu, więc miała niedaleko do plaży (na jego końcu był duży budynek, stanowiący stocznię). Tuż obok była owa piekarnia, gdzie Marianna po raz pierwszy kupiła francuskie croissanty. Na blaszanym parapecie umieszczonym pod okienkiem, znajdującym się nieopodal drzwi wejściowych, Marysia postawiła dużą doniczkę z czerwonymi różami, które dostała wcześniej w nowej pracy. Teraz spokojnie wzięła prysznic i założyła białą sukienkę. Uczesała swoje bujne loki i lekko pomalowała usta na delikatny odcień czerwieni. Nie musiała podkręcać ani farbować rzęs, gdyż miała je naturalnie piękne. Włożyła białe sandały z koturnami, wzięła torebkę i wyszła na umówioną wcześniej kolację, o czym jej nowa znajoma raczyła ją powiadomić poprzez SMS'a. Niestety, nie udało jej się załatwić sprawy związanej z samochodem, natomiast postanowiła zrobić to następnego dnia- w sobotę, co było jej nawet na rękę, gdyż w pierwszy dzień weekendu pracowała od dziewiątej do trzynastej (niedziele miała wolne). 
Zaszła jeszcze tylko do kwiaciarni i kupiła pokaźny bukiet utworzony z różnych kwiatów, by nie przychodzić w gości z pustymi rękami. 
   Na miejsce dotarła pieszo, ponieważ dom Carine'ów nie był wcale tak daleko, zwłaszcza, kiedy szło się plażą. Zapukała do drzwi. Otworzył jej gospodarz domu- Patrique Carine . W willi (która była w pewien sposób połączona z hotelem- przez kuchnię wchodziło się do ośrodka) mieszkali także rodzice Patrique'a- Rebeca i Stefan Carine'owie. W końcu pojawiła się Anabelle, która rozmawiała przedtem z zajmującą się wszystkim starszą panią, pełniącą rolę gosposi. 
   Wszyscy zasiedli za stołem, a bliźniaki zostały zaprowadzone na górę przez młodą nianię- córkę gosposi. Starsza kobieta zajmowała się wyłącznie willą, a hotelem opiekowali się: jeden recepcjonista i jedna recepcjonistka, trzech kucharzy i jedna kucharka, dwie kelnerki, dwóch kelnerów, pięć sprzątaczek, trzech ochroniarzy itd. Pomagała im pracowita Anabelle, pozostawiając robotę papierkową swojemu mężowi. Hotel przejęli po rodzicach Patrique'a, którzy pozostali teraz na emeryturze. Niezwykle cenili swoją synową- żonę ich jedynej pociechy- za jej wykształcenie i charakter. 
   Na stole pojawiły się przeróżne smakołyki. Marysia zdziwiła się jednak brakiem ślimaków i żabich udek, tyle że jakoś jej to nie zmartwiło. Pieczona kaczka, złociste ziemniaki i rosół plus malinowa tarta w zupełności zaspokajały jej potrzeby. Kiedy już zjedli, usiedli wspólnie przed kominkiem i popijali herbatę (na kawę było już za późno).
   Dom był przepiękny. Ogromny z wysokim sufitem i ciemnymi kolorami nie sprawiał wrażenia przytłaczającego czy złowrogiego, tylko zachwycał. Wszędzie były bordowe dywany, nieraz ozdabiane wzorami. Na ścianach wysiały obrazy, a pokoje przypominały rozmiarem i wystrojem te z pałaców. Po jakiejś chwili, gdy zegar wybił dwudziestą (do kolacji zasiedli o osiemnastej), starsi ludzie pożegnali gościa i udali się do sypialni. Mąż Anabelle chciał jeszcze popracować i zostawił panie same, by mogły swobodnie porozmawiać. Marianna poczuła się nieco bardziej komfortowo. 
- Pięknie tu macie!- zachwalała willę Marysia
- Och, dziękuję! Mój brat miał wpaść o dwudziestej po pracy, ale jeszcze go nie widać. Clode mówił, że ten ich major nieźle ich ciśnie. - powiedziała Anabelle- chcesz może wina?- zaproponowała
- Tak, poproszę.- odparła Marysia i zainteresowała się tym, co mówiła jej rozmówczyni, gdy ta wstała by nalać czerwonego płynu w kieliszki- Clode? Policjant? 
- Tak.- odrzekła kobieta, podając Mariannie napój i siadając z powrotem na skórzanym fotelu- znasz go?
- Nie osobiście, ale raz widziałam... Chodzi ci o tego majora Sercuise'a? - zapytała
- Oczywiście. Innego tu nie ma. Na wyspie jest tylko jeden komisariat i on nim rozporządza. Skutecznie zresztą, lecz jest wymagający. A przystojny! Dziwię się, że jeszcze nikogo nie znalazł. Pewnie przez ten pracoholizm. Cóż, miewał romanse, ale... zero stabilizacji. Jest w moim wieku. Uczyliśmy się razem. Ciężkie miał życie. Właściciel kliniki, to jego starszy o trzy lata brat. Dziwi cię zapewne różnica w nazwisku. Sercuise to po matce, która naiwnie dała sobie wmówić, że facet rozstał się z żoną. Cóż, okłamał ją. Ojciec pana doktora jest ich wspólnym rodzicem (majora i lekarza). Stary Jacques de Gautren nigdy nie był z jego matką. Sam nie utrzymywał kontaktu z ojcem. Najgorsze jest to, że później zostawił matkę Arthur'a i związał się z Florence Coutres- matką twojego szofera. Po sześciu latach małżeństwa zrobić coś takiego Sophie! Nie rozwiedli się jednak, dlatego, kiedy Jean był dwuletnim brzdącem... ojciec zostawił ich i wrócił do dawnej żony. Najzabawniejsze jest to, że Sophie i Florence zaprzyjaźniły się (są rówieśniczkami) i nawet nie mają do siebie żalu. Ich dzieci wychowywały się z tatą. Amelie (mama majora) nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Jest od nich starsza o rok i zdecydowanie mądrzejsza. Ma wykształcenie, ale to skromna kobieta. Prowadzi bibliotekę (tamte kobiety praktycznie nic nie robią, Florence pracowała wcześniej w sklepie spożywczym, a Sophie nigdy się niczym nie zajmowała). Zadbała o to, by jej chłopiec otrzymał staranne wychowanie, żeby mu niczego nie brakowało, aby dobrze się uczył. Wszyscy wiedzieli, że to złote dziecko. Zawsze jej pomagał. No, ale nawet, gdyby chciała, to nie wyrzekłaby się pokrewieństwa jej syna z Jacques'em. Jest do niego podobny, ale ma oczy i uśmiech po matce- na szczęście, choć stary de Gautren był i nadal jest niezwykle przystojny. Jego dwaj pozostali synowie są podobni do matek. Jean akceptuje stosunki panujące w ich rodzinie i bardzo kocha ojca, jednak Arthur ma do niego pewien żal. Bracia nie żyją ze sobą  w dobrej komitywie, Zwłaszcza Antoine jest oporny w kontaktach z nimi. Wiesz, jeszcze tamci dwaj  jakoś się dogadują, a nawet można powiedzieć, że się przyjaźnią. Antoine rzadko z nimi rozmawia. Ten żal do rodziciela, którym darzy starego de Gautre jego najstarszy syn i nienawiść do ojca Antoin'a w pewien sposób ich łączy. Arthur próbował pogodzić braci, z czego Jean się cieszył, bo ma szacunek do starszego od siebie o dwa lata mężczyzny, ale Serciuse się na to nie zgodził. Najbardziej boli go to, że ojciec z pozostałymi kobietami zechciał się zadawać, a z jego matką nie. Może i byliby ze sobą, ale ona nie chciała. Antoine zdaje sobie z tego sprawę i rozumie ją. - opowiadała Anabelle
- Matko! Jakie to wszystko skomplikowane... Biedny Antoine. Biedne kobiety... Już wiem, dlaczego jest taki stanowczy. -skomentowała Marianna
- Droga, Marien! Wszyscy mieszkańcy znają tę historię. Nawet nie wiesz, jak mu trudno tu żyć. Nie mógł się przeprowadzić, bo nie chciał zostawiać matki samej, która z kolei też nie miała zamiaru się stąd ruszać. 
- Późno już. Dziękuję ci a zaufanie i za rozmowę.- powiedziała Marysia
Obie wstały. Uściskały się i pożegnały. Anabelle pomachała Marysi. Clode się nie pojawił.
   Marianna wróciła do domu, umyła się i położyła do łóżka. Przez chwilę trawiła wszystkie informacje, jakie dziś usłyszała. Jutro miał nastać nowy dzień. Razem z Anabelle zamierzały wyruszyć w poszukiwaniach samochodu, a w tym celu opuścić wyspę na krótką chwilę i trafić na kontynent, skąd miały eksportować auto. Nie zapomniała jednak o swoim śnie. Anabelle pytała ją, czy go zapamiętała, bo pierwszy sen w nowym miejscu się spełnia (Marysia wiedziała o tym, ale dopiero teraz właśnie tak to odebrała). 
...