poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Pierwsze kroki

"To właśnie niebo przyciąga uwagę na morzu, bardziej różnorodne, bogatsze, bardziej zmienne niż woda, kapryśne jak kobieta."
— Éric-Emmanuel Schmitt 
 Trucicielka (Powrót)


   Marianna towarzyszyła młodemu policjantowi w drodze do szpitala, gdzie została bardzo ciepło przyjęta przez personel. Na miejscu czekała na nią trzydziestoletnia córka kapitana promu, która miała odwieźć Manię do jej służbowego mieszkania. Kobieta była wysoką blondynką z włosami związanymi w koński ogon. Jej zielone, głębokie oczy wprawiały wszystkich w zachwyt i zmuszały do zatopienia się we wzroku Anabelle Le Tertonne- Carine. Zgrabna i pełna gracji dziewczyna od trzech lat była szczęśliwą mężatką i matką bliźniaków: Camille i Lucas'a. Wraz ze swoim ukochanym prowadzili miejscowy hotelik, a w każdy czwartek przyjeżdżali na rodzinny obiad do domu rodziców Anabelle, znajdującego się w pobliżu portu. 
- Anabelle?- Marianna zagadnęła kobietę, stojącą niedaleko granatowego jeep'a
- Salut, Marien! Comment ça va? Jak mnie rozpoznałaś?- zapytała zdziwiona kobieta
- Wszystko w porządku, dziękuję. Pani tata pokazał mi zdjęcia.- wyjaśniła- Jak się pani miewa?- dodała
- Dobrze. No, to wszystko jasne! Mój papa zawsze musi się pochwalić rodzinką, wybacz.- uśmiechnęła się Anabelle w przepraszającym geście- I skończ z tym : pani. Po prostu Anabelle.
- Niech tak będzie. Alberton ma, kogo pokazywać i to robi. Zresztą się nie dziwię. Śliczne ma pani, przepraszam... masz cudowne dzieci. Naprawdę wielką mi to sprawiło radość, że okazał takie zaufanie wobec obcej osoby i że dane mi było obejrzeć te fotografie. - odparła Marysia
- Och, Marien! Jesteś urocza! Bardzo mi to pochlebia. Chodź, zawiozę cię do twojego mieszkania. Mam nadzieję, że spodoba ci się. - powiedziała, biorąc Marysię za rękę i prowadząc ją do auta
   Dziewczyny jechały w stronę portu, gdzie znajdowało się nowe lokum Mani. Po drodze rozmawiały jeszcze o tutejszych tradycjach, o wspólnym interesie Anabelle i jej męża z teściami, którym było prowadzenie hotelu o nazwie Ton Rêve. Słuchały francuskiej muzyki, a Marysia mierzyła odległość oddalającą jej mieszkanie od klinki. Samochód się zatrzymał, a Marianna natychmiast podskoczyła na siedzeniu. I choć była już dziś w porcie, to nie miała okazji podziwiać widoków, jakie tu na nią czekały, gdyż jechała ambulansem do szpitala z młodym narkomanem w asyście francuskiego bruneta, pilnującego porządku. 
- Niesamowite!- powiedziała Marysia- Jestem zachwycona!
- Robi wrażenie, prawda?
- Zdecydowanie!- potwierdziła dziewczyna
- Tam jest twoje mieszkanko- odparła Anabelle, wskazując na niebieskie, drewniane drzwi, wyróżniające się, podobnie jak framugi okien o tym samym kolorze, na tle białej kamienicy.- A to pozwoli ci się tam dostać, proszę- wyciągnęła rękę z plikiem brzęczących kluczy i wręczyła je Marysi.- Oficjalnie witamy na wyspie. Zostawię cię teraz, żebyś mogła się oswoić, a jutro zapraszamy cię na kolację do nas.
- Dziękuję ci za wszystko. Na pewno nie możesz zajść na herbatę?- zaproponowała Mania
- Nie, nie chcę ci przeszkadzać, a poza tym muszę pędzić i przygotować pokoje dla gości.- wytłumaczyła się Anabelle. 
- Dobrze, w takim razie nie będę nalegać. Tylko jeszcze chciałabym zadać ci jedno pytanie...- zagadnęła Marysia
- Tak
- Czy są tu jakieś taksówki, autobusy? Wiem, że mam trzy kilometry do pracy i mogłabym chodzić tam pieszo, jednakże..
- No tak! Zapomniałam ci przekazać, że przyjedzie po ciebie służbowy samochód o ósmej z rana. Przepraszam.- powiedziała kobieta
- Aha. Nic nie szkodzi.- uśmiechnęła się do niej Marianna
- To... do wiedzenia!- pożegnała się Anabelle
- Jeszcze raz dziękuję.- odparła Marianna
   Marysia obserwowała, jak jej nowa przyjaciółka oddala się od niej w swoim dużym jeep'ie. Walizki, które zostały już tam przewiezione znajdowały się pod drzwiami mieszkania. Mania podeszła do wejścia i włożyła klucz w zamek, po czym przekręciła go kilka razy i była już w środku. 
   Pierwsze, co rzucało się w oczy, to wąskie schody, prowadzące na górę, które obite były morskim dywanem. Ściany niewielkiego przedpokoju wyłożone były białą boazerią. Po lewej stronie, tuż za schodami, wchodziło się do przestronnej i nowoczesnej kuchni. Natomiast, po prawej stronie był salon z wygodnymi kanapami o jasnej barwie, niewielkim wiklinowym stolikiem, kominkiem i dużym telewizorem. Kwiatowe tapety przywodziły na myśl pokój ciotki Malwiny, która uwielbiała tego typu motywy. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi do łazienki, a po lewej stronie mały pokój z wielkimi oknami. Z salonu wychodziło się nai skrawek podwórka, gdzie znajdowały się dwa leżaki i huśtawka z opony przyczepiona do gałęzi ogromnego dębu. 
Kiedy Marysia podążała schodami na górę, zauważyła małe okienko w pobliżu drzwi frontowych, na które wcześniej nie zwróciła uwagi. Pomyślała, że to pewnie przez ten ogromny wieszak na ubrania i doszła do wniosku, że będzie musiała go trochę odsunąć. Skręciła schodami na prawo i przeszła jeszcze kawałek, po czym była już na piętrze. Niewielki korytarzyk również obity był białą boazerią, a na podłodze rzucał się w oczy dywan podobny do tego, po którym niedawno się wspinała. Po lewej stronie znajdowały się trzy pomieszczenia. Jeden z nich, pośrodku, to zapewne łazienka, do której można było się dostać z obu pokoi. Ten, będący najbliżej dziewczyny miał wyjście na balkon i był nieco większy od drugiego. 
- Hmmm... Jest mój!- krzyknęła do siebie. 
Wszędzie było bardzo przestronnie, a to za sprawą wielu okien, dzięki którym w budynku panowała jasność. 
   Marysia rozpakowała się i wzięła szybki prysznic. Nie miała ochoty na drzemkę, choć była odrobinę zmęczona. Myśl o czekających ją przygodach, aplikowała w jej żyły sporą dawkę adrenaliny. Postanowiła przejść się na spacer i przy okazji zrobić zakupy. 
Szybko włożyła na siebie wygodne jeans'y oraz przyduży sweter i zbiegła po schodach, łapiąc tylko torebkę. Zwinnie zamknęła drzwi i wydostała się na zewnątrz. Wiedziała, że spotkają ją tu niezwykłe rzeczy. 
   Szła, uśmiechając się do wszystkich i przyciągając wzrok tubylców. Zauważyła szyld z napisem: piekarnia, więc weszła do środka i kupiła świeże croissanty na śniadanie. Na miejscu nabyła również mleko oraz wodę. Nie potrzebowała wiele, ponieważ ktoś już zadbał o to, by jej kuchenne szafki były bogate w zapasy kawy, cukry, mąki, makaronów i Bóg wie jeszcze czego! Obiecała sobie, że koniecznie musi komuś za to podziękować, tylko nie wiedziała za bardzo, komu... Chciała się tego dowiedzieć następnego dnia w klinice. Ważna była również dla niej sprawa samochodu. Miała prawo jazdy od wielu lat, toteż pragnęła się nieco usamodzielnić i kupić coś używanego, by bez problemu poruszać się po wyspie.
   Chodziła teraz brzegiem morza, nie przejmując się wcale późną porą. Podziwiała cud zachodzącego słońca. Od czasu, do czasu zerkała na zegarek, który właśnie mówił jej, że zbliża się dziesiąta wieczorem. Podniosła torbę z piasku i przeszła jeszcze trochę na boso, by poczuć, jak morska fala obmywa jej delikatne stopy. To było to... Poczuła się jak w domu. Włożyła buty i pobiegła do swego mieszkania. O dziwo, wcale nie gubiąc drogi, z czego była bardzo zadowolona. I tak minął ten pierwszy dzień- pełen wrażeń i tkwiących w nim obietnic na lepsze jutro.
...
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz